Dzień 7

www.madera.org.pl/dzien_7.html

Poranek nas zasakauje, patrząc na balkon i taras restauracji widać, że padał deszcz, spoglądamy w stronę Funchal a tam ciemna i cięzka chmura. Zapowiada się, że pierwszy raz śniadanie zjemy w środku restauracji a nie na tarasie, jednak kelner widząc nas nakrywa stolik na tarasie, tak więc tradycja zostaje podtrzymana. Po śniadaniu wsiadamy do samochodu i jedziemy do Curral das Freiras, miejsca które według osób z hotelu trzeba zobaczyć, ale zanim dojedzie się do wioski trzeba odwiedzić punkt widokowy w Eira do Serrado, skąd widać wioskę. Chwilę po tym gdy wyjechaliśmy z Canico zaczyna kropić deszcz, stopniowo się nasilając, przed Funchal już leje tak, ze wycieraczki nie nadążają z oczyszczaniem szyby, na domiar złego wjezdzamy w chmury, pierwszy raz doświadczamy jazdy w chmurach na takiej wysokości, kompletnie nie widać Funchal, mimo tego, że jedziemy via Rapidą naokoło miasta, zastanawiamy się czy nie wrócić do hotelu po stroje kapielowe i ruszyć do Calhety gdzie pogoda zwykle dopisuje, z drugiej strony wiemy, że w Curral das Freiras może świecić słońce i tak kontynuujemy podróż. Około 0,5 km oddrogowskazu na Eira do Serrado, deszcz przestaje padać, i gdzie niegdzie zaczyna przebijać się słońce. Sama droga na Eira do Serrado w górnej części jest na tyle wąska, ze dwa autokary mają problem, zeby się minąć, kierowcy autokarów dojeżdzając do zakrętów trąbią, zeby ostrzec ewentualnych jadących z naprzeciwka, tworzy to ciekawy klimat, gdzie idylliczny widok i cisza zostaje zakłócona przez trąbienie. Na parkingu ku naszemu zadowoleniu widzimy, że spora grupa turystów wsiada do trzech autokarów, wyglada na to, że razem z nami na punkt widokowy wejdzie ok 5 osób. Bierzemy statyw, aparat i udajemy się na punkt krocząc schodami zbudowanymi z kawałków bazaltu , Curral das Freiras widać bez problemów, widok jest ciekawy głównie za sprawą wijących się wokół wioski dróg, które tworzą malowniczy klimat, niestety powoli zaczynają nadciągać malutkie chmurki i wycieczka autokarowa, schodzimy do samochodu, chmury sa tutaj juz tak gęste, ze nie widać drogi prowadzącej na parking, słychac tylko klaksony autobusów. My zjeżdzamy w dół do wioski szukając lokalu o nazwie Vale das Freiras, który według przewodnika znajdować ma się naprzeciw kościoła, lokal w rzeczywistości znajduje sie po przekątnej, po stronie punktu informacyjnego, zamawiamy kawę, po kawałku ciasta i jako, ze wioska ta słynie z likierów pytamy czy można spróbowac kieliszek, okazuje się, że tak ale kieliszek kosztuje 1E, więc pozostajemy tylko przy kawie i cieście. Po chwili dostajemy kawę po sporym kawałku ciasta - powiedziałbym kawale ciasta - i trzy plastikowe kieliszki z różnymi likierami, kieliszki napełnione są w 1/3, kelnerka podkreśla, ze likiery są za darmo, ja moczę język i są nawet niezłe, ale nie kusimy się na zakup. Wypijamy kawę i idziemy dalej zobaczyc kościół - a i zapomniałbym przed restauracją sa makiety zakonnic i można wszadzić głowe i pstryknąć sobie fotkę, jedna makieta przedstawia zakonnice klęcząca a druga stojąca - z tyłu kościoła jest cmentarz i to nas bardziej interesuje, wygląda inaczej niż te znane z Polski, m.in na kazdym nagrobku są zdjęcia osób pochowanych, nie bede sie tutaj rozpisywał o tym. Po obejściu kościoła i terenów doń przyległych wracamy ponownie na główna ulice, co nas uderza ulica jest pusta zero ruchu pieszych i samochodowego. Udajemy sie do samochodu i decydujemy, że jedziemy do Camara de Lobos konkretnie do restauracji Churchill's na Espetade, czyli szaszłyk z wołowiny natartej czosnkiem, ostatnio widzieliśmy w tej restauracji to danie. Chwilę po wyjezdzie z tunelu za Curral das Freiras znowu zaczyna padać, deszcz się nasila i tak dojeżdzamy do Camara, zatrzymujemy się na parkingu przy porcie i szybko udajemy się do Churchilla jako, że deszcz ciągle pada. Jesteśmy jedynymi goścmi tego lokalu, składamy zamówienie i czekamy, w międzyczasie dostajemy chleb i masło czosnkowe, a ja odkrywam, że przy porcie między łodziami, rybacy oprawiają ryby, robię zdjęcia z góry, ale za bardzo nie mogę zidentyfikować co to za ryba, widzę, że jest spora, ma ok 1,5 metra długości i jest "szeroka". Wracam do stolika gdyż dostaliśmy szaszłyki, smakują wybornie i szybko znikają z naszych talerzy. Po wyjściu z restauracji schodzimy w dół do portu, droga jest bardzo śliska, zauważamy, że piękne chodniki, ścieżki czy też schody, zwłaszcza te spotykane na Maderze w postaci uwypukleń zamiast tradycyjnych stopni - coś na kształt górek przypominających próg zwalniający - są świetne gdy jest sucho gdy spadnie deszcz stają się bardzo śliskie, biorąc pod uwagę, że na Maderze chodzi się pod albo z górki jest wesoło. Cieszę się, że w samochodzie ubrałem buty trekingowe w sportowych pewnie sunąłbym z tej górki jak na nartach. Mam zamiar podejśc do rybaków i zapytać czy mogę zrobić im zdjęcia przy pracy i spróbować porozmawiać, mam pewne obawy gdyz jak wspomniałem podczas pierwszej wycieczki do Camara de Lobos wyglądaja oni jak piraci, a dzisiaj pogoda - deszcz i zachmurzenie - robi tło jak z horroru, jednak podchodzę i pytam czy mogę zrobic zdjęcia, okazuje się, że nie jest to najmniejszym problemem, jednak ryby, które z tarasu restauracji widziałem w całości, teraz są już filetowane, dowiaduje się, że ryby którymi się zajmują to rekiny, zresztą obok stoi spore wiadro w którym można rozpoznać głowy rekinów, robimy zdjęcia i ruszamy do samochodu i dalej do hotelu. Na dzisiaj planujemy też zobaczyć zachód słońca na Pico do Areeiro, mając trochę czasu do zachodu idziemy skorzystać ze strefy rekraacyjnej hotelu. Po małym relaksie ponownie wsiadamy do samochodu i ruszamy na Pico do Areeiro, kierujemy się na Funchal, dalej na Monte, deszcz juz nie pada, ale pozostają chmury, gdzie niegdzie słońce się przebija, ale chmury jak były tak są, jadąc na parking u podnóża Areeiro, robimy zdjęcia rdzawego krajobrazu w tym miejscu, korzystając z chwilowego przejaśnienia, na parkingu okazuje się, że zachmurzenie jest spore i z zachodu raczej nic nie będzie, mimo to czekamy w schronisku, może chmury się rozejdą, popijając kawę z każdą chwilą tracimy nadzieję, że cokolwiek zobaczymy, zapada decyzja, że trzeba wracać. Wsiadamy do samochodu i kolejny raz odkrywamy, że klimatyzacja bardzo się przydaje, przy takiej pogodzie szyby bardzo szybko parują, ale klima jeszcze szybciej je odparowuje. Jadąc do hotelu widzimy, że niebo nad Funchal nie jest już przykryte chmurami, postanawiamy przyjechać tutaj po kolacji, zobaczyc jak to miasto wygląda nocą - ponoc wygląda rewelacyjne. Po drodze zjezdzamy do supermarketu kupić wina dla nas, dla znajomych oraz coś do jedzenia na jutrzejszą podróż. Podjezdzamy pod hotel, szybka kolacja, ponownie wsiadamy do samochodu i jedziemy do Funchal. Decydujemy się na podróż samochodem mjąc nadzieję, że ok 21 o wiele łatwiej bedzie zaparkować a i łatwiej bedzie się poruszać. W Funchal zjeżdzamy z via Rapidy w miejscu gdzie zjeżdzaliśmy jadąc autobusem hotelowym, staramy trzymać sie trasy jaką jechaliśmy autobusem, ale w pewnym momencie nie możemy sobie przypomniec jak dalej jechać, jeżdzimy w znanej nam okolicy, poznajemy ulice, ale część z nich jest jednokierunkowa i wyjeżdzamy całkiem gdzie indziej, a skręcają w stronę ulic, które znamy, jedziemy wiaduktem, po kilkunastu minutach w końcu wjeżdzamy na  Rua 5 de Qutubro, która znamy, dojezdzamy ulicą do końca i skręcemy w prawo w Avenida das Comunidaes Madeirenses, jedziemy cały czas prosto, miejsce parkingowe znajdujemy na ulicy  Estrada da Pontinha prowadzącej do miejsca gdzie przycumowane są statki. Bierzemy aparat, statyw i ruszamy w miasto. Funchal o tej porze wygląda całkiem inaczej jest kapitalnie oświetlone, co chwile robimy zdjęcia i nawet tutaj chodząc z aparatem na statywie jesteśmy sensacją, idziemy wzdłuż nabrzeża, pięknie jest oświetlona Avenida Zarco i jej przedłużenie w stronę oceanu, my idziemy dalej i skręcamy w stronę katedry, która otoczona jest świecącymi aniołami, następnie kierujemy się Avenida Arriga, przechodząc obok Jardim de Sao Francisco dochodzą nas dzwięki muzyki, okazuje się, że społeczność Afrykańska ma jakieś święto i bawi się w tym miejscu, przyglądamy sie przez chwilę i ruszamy dalej w stronę fontanny kuli, wszystko jest tak fantastycznie oświetlone, każda ulica mała czy duża w centrum ma swój niepowtarzalny urok, władze miasta stworzyły niesamowity klimat tym oświetleniem, Funchal jest jednym z najładniej oświetlonych w okresie świątecznym miast jakie widziałem, a tych widziałem sporo w różnych częśćiach świata. Funchal ma też jeden z najpiękniejszych i najdłuższych nowo rocznych pokazów sztucznych ogni na świecie. Ale na nas czas kierujemy się do samochodu, jesteśmy mimo wszystko zmęczeni dzisiejszym dniem, jedynie fotografujemy statki w porcie i z nostalgią opuszczamy Funchal. Tego wieczoru na balkonie nie planujemy przy winie co będziemy robić jutro, wiemy, że o 11.45 przyjedzie autokar i zawiezie nas na lotnisko skąd udamy się do Polski. Siedzimy wpatrując się w ocean i palmy, które rosna niemal przed nami, cóz ciężko będzie opuszczać Maderę, zwłaszcza, że w Polsce jest zimniej o 20 - 25 stopni. Tymczasem trzeba się wyspać przed jutrzejszym ciężkim dniem.