Dzień 6

www.madera.org.pl/dzien_6.html

Kolejny dzień zaczyna się od pobudki spowodowanej przez prom do Porto Santo, nie wiem czy tak było wcześniej, ale dzisiaj wyjątkowo głośno jak na moje ucho przepłynął przed hotelem, Kasia juz nie spała i miała z tego niezły ubaw. Każdy poranek wygląda tutaj podobnie, czyli po pobudce wyjście na balkon w celu obadania pogody, póżniej szybka toaleta, śniadanie i pakowanie plecaka na wędrówkę, dzisiaj wyjątkowo w plecaku lądują stroje kąpielowe i ręczniki, tak wyekwipowani ruszamy do samochodu i dalej na zachód wyspy.  Naszym pierwszym przystankiem jest Cabo Girao, jeden z wyższych klifów w Europie, na parking kierują nas drogowskazy już od samej via Rapidy, na miejscu sporo ludzi, akurat sa dwa autokary wycieczkowe. Na samym klifie folklor, sprzedawcy maderskich pamiątek rozłożyli się po obu stronach krótkiej drogi prowadzącej do punktu widokowego, naszą uwagę przykuwa pan grający na plastikowym wiaderku, wygląda komicznie. Sam klif nie robi takiego wrażenia jak spodziewaliśmy się po wzmiance w przewodniku, że to dla osób o mocnych nerwach i takich którym niestraszne są zawroty głowy, my nic takiego nie odczuwamy, ba odydwoje uważamy, że sa miejsca na Maderze gdzie zawroty głowy moga bardziej dokuczyć niż tutaj, np Sao Lourenco. Faktem jest, że z klifu jest ciekawy widok na panoramę Funchal - dzisiaj akurat niebo nad Funchal jest zachmurzone i widok w dół, ciekawi mnie jak klif prezentuje sie z poziomu oceanu. Po krótkim bo zaledwie 10 - 15 minutowym pobycie na Cabo Girao ruszamy dalej, następny przystanek to Ponta do Sol - wg przewodnika zawsze tonie w słońcu, wjeżdzamy na parking, i kierujemy się w stronę kościoła, uliczki wkoło i sam plac przed kościołem są bardzo ładnie przystrojone biało niebieskimi kokardami, które tworza swoisty baldachim, wyglada to bardzo fajnie, pod kościołem okazuje się, że na ten dzień planowany jest ślub, my idziemy w stronę oceanu i kamienistej plaży.Po lewej stronie znajduje się budowla, która wcina się w morze niczym molo, jest solidna bo z kamienia, to tez zwraca naszą uwagę i tam tez się kierujemy. Na miejscu wydaje mi sie, ze jest to  nabrzeże, które kiedyś było wykorzystywane do rozładunku towarów ze statków. Budowla ta jest o tyle ciekawa, że ma schody, którymi można zejść w dół, wyglądem przypomina mi to zejścia na peron na dworcach kolejowych w Polsce, tylko zamiast peronów jest platforma na której okoliczni mieszkańcy łowią ryby, jak zwykle robimy zdjęcia i ruszamy dalej, trochę zaniepokojeni, gdyż niebo coraz bardziej zaciąga się chmurami. Z Ponta do Sol kierujemy się do miejscowości Madalena do Mar, gdzie w miejscowym kościele pochowany jest Henrique Alemao, nam polakom bardziej znany jako Władysław III Warneńczyk. Sama miejscowośc jest pełna uroku, dojeżdzamy do kościoła, gdzie akurat kończy się msza, niestety nie ma miejsca do zaparkowania i jedziemy dalej, na spory parking. W samej wiosce uprawia się banany, są spore plantacje tych owoców, my kierujemy się w strone kościoła fotografując kwiaty bananowca i kwitnące banany. Na placu przy kościele stoja ludzie, którzy wyszli z mszy, ale ze zdumieniem  widzimy, że drzwi do kościoła sa zamknięte. No cóż obchodzimy się smakiem, ale w przewodniku opisany jest tez dom, w którym mieszkał Władysław z  portugalską żoną. Na drzwiach domu ma być królewski herb. Przewodnik opisuje, że jest na zachód od kościoła, tak wiec szukamy domu z drzwiami zabitymi deskami, najpierw obeszliśmy okolice, póżniej objechaliśmy samochodem, niestety nic podobnego nie znalezliśmy. Wjezdzając do kościoła od strony Ponta do Sol widzieliśmy dom, który odpowiadałby opisowi, ale był on od wschodu kościoła, jedziemy tam jeszcze raz, zeby sie przyjrzeć, parkujemy samochód przy barze, który znajduje się niemal naprzeciw kościoła i z przewodnikiem w rece idę zapytac kobiety, które siedza przed tym barem. Pokazuje im w przewodniku strone z napisem Henrique Alemao i dowiaduje się, ze dom którego szukamy to ten na wschód od koscioła, który praktycznie graniczy z kościołem, pytam jeszcze czy kościół otwarty jest poza mszą, ale okazuje się, ze nie a jedyna msza własnie się zakończyła. Tak więc ruszamy w stronę budynku, który wskazała nam kobieta, robimy zdjęcia, obchodzimy go tam gdzie się da, a dodać trzeba, ze budynek jest w fatalnym stanie, w środku jest mocno zdewastowany, niestety drzwi też sa w fatalnym stanie, ale nad drzwiami jest owalna tabliczka z rokiem 1891 i napisem "Companhia de Seguros Allianca Madeirense" co w wolnym tłumaczeniu oznacza "firma ubezpieczeniowa sojuszu maderskiego". Gdy robiliśmy zdjęcia podszedł do nas miejscowy i coś próbował wytłumaczyć po portugalsku, ale niestety ten pierwszy i jak na razie jedyny raz nie mogliśmy się z nim porozumiec, tak więc nie wiem o co temu panu chodziło. Idziemy do samochodu i kierujemy się do Calhety, czyli celu naszej dzisiejszej wycieczki. Sybko dojeżdzamy do celu, sama Calheta jest mała, główne zabudowania sa prostopadle do oceanu, znajduje się tutaj muzeum na świezym powietrzu przy promenadzie,  koło kościoła znajduje się jeden z niewielu młynów cukrowych na wyspie, ale najwiecej turystów przyciągaja dwie sztuczne piaszczyste plaże. Parkujemy przy hotelu Calheta Beach, pewien starszy pan, który odjeżdza ze stanowisko obok nas daje nam bilet parkingowy, mówiąc, że jest ważny jeszcze przez 15 minut, mówimy, że idziemy plażowac i popływać i dziękujemy bardzo, bo 15 minut to za mało. Kupujemy bilet za 1,5E na dwie godziny - jest to bodajże jedyne jak do tej pory miejsce gdzie płacilismy za  parkowanie. Udajemy się na plaże, zajmujemy miejsce, ja idę od razu zanurzyć się w oceanie, dno jest bardzo nieregularne najpierw jest płasko a następny krok to już zmiana głębokości o dobre 50 cm, poza tym na dnie są kamienie i trzeba uważac, żeby się nie uderzyć, najlepiej płynąć, miałem problem z wyczuciem głębokości, odpłynąłem 20 metrów od brzegu i nie mogłem dotknąć stopami dna, odpływając 30 metrów od brzegu mogłem spokojnie stanąć, także jak już wspominałem lepiej nie bawić sie w wyczówanie dna tylko po prostu pływać :) Jako, ze nie jestem zwolennikiem opalania się leżąc plakiem na plaży czas trochę zaczął mi się dłużyć, wdrapałem się na falochron zbudowany z bloków o wysokości ok 2 metrów i  tam obserwowałem ocean i grupę miejscowych osób, które łowiły ryby, to znowu poszedłem popływać, i ponownie na falochron, tak zleciały mi te dwie godziny. Dodać trzeba, że w Calhecie pogoda była świetna, cały czas świeciło słońce, temperatura ok 25 stopni. Szybko się przebraliśmy i ruszylismy do samochodu. Teraz planowaliśmy odwiedzić miejscowość Ponta do Pargo - najbardziej na zachód wysuniętą część Madery. Ruszyliśmy na zachód i przejezdzając obok miejscowości Jardim do Mar postanowiliśmy zobaczyć cóż ciekawego tutaj jest, opis w przewodniku był mocno lakoniczny i w zasadzie ograniczał sie do tego, ze miejscowość została tak nazwana ze względu na obfitość dzikich kwiatów, które zastali tu pierwsi osadnicy, ale z racji tego, że jest grudzień piękna kwiatów z pewnością nie zobaczymy, podobnie jak surfingowców, którzy pojawiają się tutaj wiosną. Tradycyjnie szukamy wieży kościelnej, zwykle kościoły są w centrach maderskich miast i wsi, i możliwie najbliżej kościoła parkujemy. Życie w tej miejscowości płynie leniwie, miejscowi siedzą na placyku i widocznie jesteśmy dla nich sporą atrakcją, kierujemy się wąską uliczka w stronę oceanu, zblizająć się coraz blizej słyszymy jak fale rozbijają się o nabrzeże, wchodzimy na swego rodzaju taras z którego można zejśc w dół na promenadę. Robimy parę fotek falom i czym predzej schodzimy na promenadę, wiemy dlaczego można spotkac tutaj surfingowców, fale są idealne do uprawiania tego sportu, "rolują się" zanim uderzą w nabrzeże, mają wysokość ok 4 metrów. Na obserwowaniu fal spędzamy dobrą godzinę, czas wracać do samochodu, ale po drodze odwiedzamy kościół, który nas zasakauje, pierwszy raz widzimy kościół, którego podłoga nie jest wykonana z kamienia, marmuru czy granitu, ale z drzewa, na podłodze jest ułożony parkiet w jodełkę, podłoga jest w świetnym stanie, ba w niektórych domach jest w gorszym stanie. Wracamy do samochodu i ruszamy dalej. W Ponta do Pargo kierujemy się zgodnie ze znakami na "Falor" czyli latarnię morską, początkowo po obu stronach ulicy towarzyszą nam zabudowania, póżniej pastwiska i dojeżdzamy na parking, który jest koło latarni. Wychodząc na malutki cypelek mamy z trzech stron widok na  ocean, zdążyliśmy się przyzwyczaić do wspaniałych i zaskakujących widoków i ten nic a nic nie odbiega od tego do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Po serii zdjęć jedziemy dalej z zamiarem odwiedzenia miejscowej restauracji Solar do Pargo i spróbowania espady espetady - wołowiny natartej czosnkiem, nadzianej na patyk z drzewa laurowego i pieczonej nad płonącym drewnem. Nie możemy trafic do tej restauracji i pytamy kobietę ok 35 lat jak do niej dojechać, okazuje się, że kobieta dobrze mówi po angielsku i chwilę rozmawiamy, okazuje się, że restauracja, której szukamy jest zamknięta, ale po drodze w stronę Porto Moniz jest restauracja, którą poleca znajomy tej kobiety. Jako, że palnowaliśmy wracać prze Paul da Serra, jest nam po drodze. Znajdujemy restaurację o której mówiła kobieta, ale jesteśmy w niej jedynymi klientami, w środku jest bardzo zimno - na zewnątrz chyba było cieplej - a menu ogranicza się dosłownie do kilku pozycji, rezygnujemy i udajemy się w dlaszą drogę. Przejezdzając koło miejscowości Achadas da Cruz przypomina nam się, że para, którą spotkaliśmy na Pico Ruivo, z która tez lecieliśmy na Madere wspominała, że jest tutaj świetna kolejka linowa i od razu wypatrujemy znaków "Teleferico", znajdujemy znak i kierujemy się zgodnie z oznaczeniem pare kilometrów w dół. Na miejscu widzimy górną stację kolejki, usytuowanej na szczycie klifu do dolnej jedzie się niemal pionowo w dół , cena biletu to 3E, jest tylko małe ale, kolejka jest nieczynna, pozostaje zrobienie zdjęć, w tym towarowej kolejki linowej Ruszamy dalej, dojeżdzamy do skrzyżowania na którym skręcamy w prawo zgodnie z oznaczeniem "Paul da Serra", mamy nadzieje na lepsze widoki niż ostatnio i początkowo tak też jest. W pewnym momencie na drodze pojawia się stado krów, krowy chodzą sobie luzem nie są do niczego przywiązane, tą niecodzienną sytuację fotografujemy, ale zanim mija zaskoczenie na drodze zostały może z 4 krowy, które szybko poschodziły na pobocze. Po przejechaniu ok 5 km, widoczność robi się coraz gorsza i w końcu jest  gorzej niż wtedy gdy jechaliśmy po raz pierwszy, w gęstych chmurach, które mają ciemny kolor jedziemy w zasadzie widząc w promieniu 20 metrów, przejeżdzamy koło zbiornika wody, i ten jest ledwo widoczny, na szczęście chmury się rozrzedzaja i wjezdzając na wrzosowiska mamy juz całkiem przyzwoitą widoczność, zatrzymujemy się co chwilę robiąc zdjęcia, wjeżdzając w okolice fermy wiatrowej znowu pojawiają się ciężkie chmuy, które towarzyszą nam do samej Encumeady, na dodatek robi sie coraz ciemniej. Jako, że nie mamy dosyć, chcemy pojechac do Garaju i porobić nocne zdjęcia panaramy Funchal i Cristo Rei, musimy tylko podjechac do hotelu po statyw. Mając statym meldujemy się przy Cristo Rei, zakochanych jakby więcej, miejsce to ma teraz całkiem inny wymiar, rozstawiamy się ze statywem i też wzbudzamy pewnego rodzaju zainteresowanie, dopiero teraz uświadamiamy sobie, że do tej pory nie widzieliśmy żadnego turysty, który robiłby zdjęcia z użyciem statywu :) Czas mija szybko na robieniu zdjęć, ale głód daje o sobie znać, czas wracac do hotelu na posiłek, wczesniej odwiedzając supermarket w Canico w celu zakupienia wina i piwa. Ty razem w wyborze wina pomaga nam bardzo sympatyczny pan, zachwalając wina z regionu Tinto, wcześniej smakowaliśmy wina z regionu Alentejo,  idąc za ciosem zamiast piwa Coral bierzemy Zarco :) Tak wyposażeni wracamy do hotelu, na celebrację wieczoru czyli kolacja i biesiadowanie na balkonie. Dzisiaj nie mamy  problemu z wyborem miejsca jutrzejszej wycieczki - ostatniego pełnego dnia jaki spędzimy na Maderze - wybieramy sie do miejsca zwanego Curral das Freiras czyli Schronienia Zakonnic a na wieczór planujemy zobaczyć zachód słońca z Pico Areeiro, zobaczymy co z tego wyjdzie ....