Dzień 4

www.madera.org.pl/dzien_4.html

Jak każdego ranka po przebudzeniu się swe kroki kieruję na balkon, pogoda taka jak zwykle, czyli niezmącone słońce, a temperatura oscyluje w okolicach 20 stopni, jedynie widok z balkonu troszkę inny niz zwykle, ok 200 metrów od nabrzeża przepływa prom z Funchal na wyspę Porto Santo, która znajduje się na północny wschód od Madery, znana jest z kilkumetrowych piaszczystych plaż (rejs kosztuje ok 20 euro do kupienia w biurach podróży w Funchal). Korzystając z tego, ża autobus odjeżdza o 10, idziemy skorzystać z oferty rekraacyjnej hotelu, o godz. 8 jesteśmy sami, są tylko dwie osoby, które sprzątają, tak więc basen, jacuzzi, salę fitness z siłownią i dwie sauny mamy dla siebie. Spędzamy tutaj godzinę i idziemy na śniadanie, które każdego dnia jest bardzo podobne różnicą jest to, że zamiast parówek są kiełbaski smażone, czy zamiast ogórka pomidor, różnice niewielkie w przeciwieństwie do obiadokolacji, która każdego dnia jest inna i zawsze znajdujemy dwa rodzaje miejscowych rybnych przysmaków, wiemy od osób, które przyjechały na dwa tygodnie, że do tej pory posiłki sie nie powtarzały.
Po śniadaniu udajemy się na parking przed hotelem Rocamar, mini autokar już czeka z kierowcą, który po sprawdzeniu ilości osób w środku i ilości osób, które zadeklarowały się do wyjazdu rusza. Jest to nasza druga przejażdzka autobusem po Maderze i ponownie zaskakuje nas sprawność z jaką kierowcy autobusów poruszają się po wąskich jak na autobusy ulicach. Po ok 40 minutach podjeżdzamy na jeden z przystanków przy Avenida das Comunidaes Madeirenses, arterii przebiegającej wzdłuż nabrzeża. Dowiadujemy się, że z tego miejsca autobus wraca do hotelu, mamy więc czas do ok 15.50, ponieważ zapisaliśmy się na powrót o 16. Bardzo szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że do Funchal lepiej nie wjeżdzać samochodem, bardzo ciężko znaleźć tu miejsce do parkowania, a także jak w każdym mieście do którego przybyło sie samochodem po raz pierwszy można się zgubic, poruszanie sie na pieszo jest o wiele prostsze. Kolejna rzecz na która zwróciliśmy uwagę, to fakt, że większośc miejscowości na Maderze jest mniejsza w rzeczywistości niż wskazywałby na to ich obrys na mapie, z Funchal jest odwrotnie, jest większe a i ruch przypomina ten jaki znamy z miast w Polsce ( w mieście tym mieszka ok 1/3 ludności Madery).
Jako, że głównie przyjechaliśmy na targ od razu ruszamy w jego strone Zone Velha (Starego Miasta) jest to o tyle łatwe, ze przejeżdzaliśmy autobusem w pobliżu targu. Okazuje się, że piesi przechodza na czerwonym świetle gdy tylko nie jedzie samochód, szybko się do tego przyzwyczajamy, starając "wtopić" się w rdzennych mieszkańców tego miasta :) Po kilku minutach spaceru stoimy przed budynkiem Mercado dos Lavradores, przed budnkiem spory ruch, kwiaciarki w tradycyjnych strojach układają wiązanki kwiatów, wchodzimy do środka,  okazuje się, że turyści to zdecydowana większość osób w tym budynku, przemykamy przez stoiska z kwiatami, owocami i warzywami, kierując się w strone części rybnej, w pewnym momencie idziemy już za zapachem ryb, który dla nas jest specyficzny, gdyż w niczym nie przypomina zapachu jaki znamy z naszych sklepów czy stoisk rybnych. W końcu trafiamy na salę z rybami, najpierw patrzymy na to z góry, gdyż jest ona umiejscowiona poniżej sali z której weszliśmy. Od razu wchodzimy na stoisko gdzie sprzedawca kroi swego rodzaju maczetą  tuńczyka na kawałki, a że tuńczyk jest spory mniej więcej wielkości korpusu dorosłego mężczyzny to jest na co popatrzeć. Pózniej idziemy zobaczyć czarną espadę, której jest tutaj mnóstwo, parę innych ryb, których w Polsce nie widzieliśmy i ich nazw nie znamy, oczywiście wszystko dokumentujemy zdjęciami. Wypatrujemy sympatycznego sprzedawcę i pytamy czy możemy zrobić sobie z nim zdjęcie i oczywiście tuńczykiem, który tak jak poprzedni jest sporych rozmiarów, pan bez problemów sie zgadza wręczając maczetę w dłoń i cyk-pyk mamy zdjęcie. Wychodzimy z tej sali, idziemy na pierwsze pietro gdzie są owoce, z wejścia zgarnia nas pani, która handluje owocami i cierpliwie częstuje nas niemal każdym z owoców jakie ma w ofercie, pomimo tego, że zaznaczamy, że chcemy tylko poogladać, po degustacji idziemy dalej i okazuje się, że na każde zadane przez nas pytanie sprzedawcy co to za owoc, otrzymujemy odpowiedz i kawałek na spróbowanie. Po tych przygodach rybno - owocowych wychodzimy z Mercado i decydujemy, że czas zobaczyć miejsce o wdzięcznej nazwie Adegas de Sao Francisco - czyli winiarnie firmy Blandy's. Jako, że droga do tego miejsca przebiega obok katedry, zatrzymujemy sie przy katedrze robiąc zdjęcia na zewnątrz - w środku się nie dało jako, że odbywała się msza.  Po drodze wchodzimy w każdy zakamarek jaki nam wpada w oko i w taki oto sposób trafiamy do winiarni. Na miejscu okazuje się, że jest część ogólnodostępna jak i część, którą można zwiedzać z przewodnikiem, jako, że najbliższa pora zwiedzania z przewodnikiem anglojęzycznym to 14.30, postanawiamy ten czas oczekiwania spędzić na górze Monte. Ponownie kierujemy się w stronę Mercado jako że kolejka (Teleferico) na Monte jest za targiem, tutaj kolejne zdziwienie, my i maderczycy inaczej odbieramy słowo "daleko" dla maderczyków daleko to jest już 5 minut drogi spacerem. Szybko znajdujemy się przy budynku kolejki, kupujemy bilet w dwie strony (15E od osoby, przejazd w jedna strone kosztuje 10E, kasy sa też w Monte) i ustawiamy się w dosyć długi ogonek osób oczekujących na wjazd, po 15 minutach wsiadamy do wagoniku razem z 4 innymi osobami (wagoniki są 8 osobowe, ale wtedy jest juz ciasnawo) pani z obsługi kolejki pstryka nam fotkę i jedziemy w górę, podróż trwa ok 15 - 20 minut. Z kolejki widać, jak zróżnicowane jest Funchal, są budynki piękne i zadbane a są tez i mocno zapuszczone z pozapadanymi dachami, bez okien, każda wolna przestrzeń jest zagospodarowana do maksimum.
Na górze czyli Monte idziemy najpierw zobaczyć bezpłatnie ogród hotelu Quinta, który specjalnie nas nie zachwyca - pewnie przez to, że jest grudzień a nie kwiecień czy maj, ogrody płatne sobie opuszczamy gdyż cała Madera to jeden wielki ogród, idziemy dalej w stronę kościoła. Przystajemy przy schodach prowadzących do kościoła gdyz z tego miejsca dobrze widać początek trasy saneczkowej. Akurat trafiliśmy na moment gdy podjechał samochód wyładowany saneczkami (Iveco Daily), wszyscy panowie w białych ubraniach mocno sie ożywili, ci którzy ściągneli wiklinowe sanie z drewnianymi płozami ustawiali się na początku trasy, a ich "capo" jedyny z towarzystwa ubrany na czarno w tym momencie sprzedawał bilety (25E za dwie osoby|), po czym turyści zajmowali miejsce w saniach, po czym następował krótki rozpęd, panowie początkowo ciągna sanie przez parę metrów, a póżniej jadą z tyłu popychając je od czasu do czasu. Sanie nie rozwijają zawrotnej prędkości, ale jedzie się nimi bokiem pomiędzy samochodami co z pewnością wzmaga wrażenia. Momentalnie na ulicach wkoło startu trasy saneczkowej i na samej trasie robi się tłok samochodowo - saneczkowo - osobowy. Jako, że mamy mało czasu nie korzystamy ze zjazdu i idziemy w góre do kościoła. Na zewnętrznych ścianach kościoła są ciekawe sceny z Jezusem, które są namalowane na płytkach ceramicznych jakie są w wielu domach w kuchni czy łazience, podobne malowidła na płytkach są w wielu miejscach Madery, niedaleko naszego hotelu jest dom, którego płot jest ozdobiony bardzo kolorowym malowidłami na płytkach, które przedstawiaja bliżej nie zidentyfikowane miasteczko.
Sam kościól to miejsce w którym został pochowanyt ostatni władca Austro - Węgier Karol I Habsburg. Jego czarny grobowiec znajduje się po lewej stronie kościoła. Jako, że mamy niewiele czasu udajemy się do kolejki, zjeżdzamy sami, najprawdopodobniej niewiele osób korzysta z tej formy powrotu do Funchal. Prosto ze stacjo kolejki udajemy się prosto do winiarni, kupujemy bilety (5E od osoby), okazuje się, że na koniec zwiedzania będzie degustacja, jest to nam bardzo na ręke, ponieważ chcemy kupić do Polski jakieś wina z Madery. Rozpoczyna się oprowadzanie, naszym przewodnikiem jest sympatyczna dziewczyna, która płynnie mówi po angielsku i bez problemu odpowiada na pytania zadawane przez grupe. Przechodzimy przez kolejne sale począwszy od sali gdzie słyszymy o procesie wytwarzania beczek do wytwarzania wina, poprzez gatunki wina, winogron, oglądamy leżakujące wino w mniejszych i większych beczkach, największe są wysokości ok 2,5 metra,  dowiadujemy sie o tym jak produkuje się wino, oglądamy pokaz zdjęć z produkcji, niestety okazuje się, że są to wina wzmacniane spirytusem, następnie trafiamy do sali która przypomina salę muzeum są tu zbiory ksiąg rachunkowych firmy Blandy's począwszy od roku 1780 bodajże, maszyny do pisania, sprzęt do produkcji, z tej sali schodzimy na dół i wchodzimy do pomieszczenia w którym można za opłatą degustować produkty firmy, każda osoba, która zwiedzała winiarnie otrzymuje dwa kieliszki (nie lampki) jeden kieliszek z zawartością Bual drugi z Malvazią, nie przypada nam ten trunek do gustu. Opuszczamy winiarnię rodziny Blandy's idziemy w strone katedry z zamiarem sfotografowania wnętrza, po drodze trafiamy do parku, w którym robimy sobie chwile wytchnienia i kierujemy się w strone katedry, niestety i tym azem nie udaje się zrobić zdjęć w środku. Głód już dokucza więc trzeba by coś zjeść, trafiamy na budkę gdzie sprzedają coś co wygląda jak długa bułka z parówką czy bekonem zapiekanym w środku. Bułke tą robią od poczatku do końca na miejscu, widzę, że jest to zwykłe ciasto z mąki, wody i soli. Taka bułko kanapka (niestety nie pamiętam portugalskiej nazwy) kosztuje od 1,5 do 2E, zasyciliśmy głód i udajemy się w stronę miejsca gdzie wysiedliśmy z autobusu, robimy parę zdjęć statkom, które stoją w porcie, jako, że jest już 15:45 autobus już stoi z pasażerami w środku, czekamy do 16 pomimo tego, że wszyscy już sa, ale może ktos zechce wracać wcześniej (autobus hotelowy jeżdzi 3 razy dziennie). Po ok 40 minutach jesteśmy w hotelu, po drodze już zaplanowaliśmy, że przesiądziemy się do samochodu i pojedziemy do Garaju miejscowości oddalonej od Canico o ok 3 km, gdzie znajduje się figura Chrystusa Cristo Rei, łudząco podobna lecz mniejsza do tej jaką znamy z Rio de Janeiro. Tak tez robimy, na miejscu okazuje się, że to miejsce gdzie zjeżdzają sie zakochani z okolicy także z Funchal, jak zwykle seria zdjęć, widać stąd panoramę Funchal, schodzimy poniżej figury i ponownie seria zdjęć, wracamy powoli do samochodu, wszystko byłoby ok, tylko, że teraz trzeba podejść schodami w górę, niby się do tego przyzwyczailiśmy, że tutaj chodzi sie pod górę albo z góry, ale mimo wszystko lepiej się schodzi :)
 Jako, że jeszcze jest widno idziemy za ciosem i udajemy się do Camara de Lobos, miejscowości rybackiej na zachód od Funchal, miejscowośc ta słynie głównie z tego, że z tarasu tutejszej restauracji Winston Churchill malował port rybacki, dzisiaj ta restauracja nosi nazwę Churchill's i jest doskonale widoczna z portu.
Jako, że Camara de Lobos jest przy via Rapidzie tak też bardzo szybko dojeżdzamy na miejsce i zatrzymujemy się na parkingu przy samym porcie - jak do tej pory to pierwszy parking gdzie płacimy za postój samochodu, godzina kosztowała nas 0,8E. Sama miejscowość nie zachwyca, ale dla mnie ma niesamowity klimat ze względu na rybaków, w porcie między sobą grają w karty na pieniądze, część z nich chodzi w bandanach, są wytatuowani przez co wyglądają na piratów. Tworzą zamkniętą grupę co jeszcze bardziej wzmaga tajemniczy nastrój. Kierujemy się w stronę sławnej restauracji i zamawiamy kawę - ta w hotelu podawana do śniadania jak już wspominałem kawy nie przypomina. Pijemy kawę obserwując zachód słońca i rybaków w dole, patrząc na nich z góry nadal nie mogę odpędzić od siebie wrażenia mroczności tego miejsca i bardzo mi się to podoba. Wypiliśmy kawę i wychodzimy od "frontu" kierujemy się w górę obchodząc port i trafiamy na świąteczny akcent - szopka, prezenty, palmy obwieszone światełkami, sztuczny śnieg. Generalnie na każdym kroku spotykamy podobne akcenty, szopki, św Mikołaje, obwieszone lampkami drzewa, kapitalnie wyglądają palmy ze swiatełkami, mamy wrażenie, że tak ozdobionych miast i miasteczek w Polsce nie idzieliśmy, mistrzostwem świata jest Funchal.
Docieramy na parking i udajemy się w droge do hotelu, znowu wpadamy na szatański pomysł i chcemy zobaczyć Cabo Girao jeden z najwyższych klifów, który znajduje się obok Camara de Lobos. Droga jak zwykle pod górę, przed nami autobus, który zatrzymuje się dosłownie co kilkaset metrów wysadzając pasażerów gdzie chcą, jazda w skrócie wyglądała tak: jedynka rozpędzenie się do 30 km/h dwójka i hamowanie, zaciągnięcie ręcznego i ruszami i znowy, jedynka, dwójka i stop, nie przekroczyliśmy 30km/h, po kilku kilometrach gdy zrobiło się ciemno postanawiamy zawrócić i zostawić ten kilf na póżniej. Co do jazdy samochodem, tutaj jazda ogranicza się w zasadzie do korzystania z trzech biegów i hamulca ręcznego, czwarty bieg używany był rzadko a piąty bardzo rzadko, 5-tki poza via Rapidą nie używałem nigdy. Wbrew pozorom jeżdzi się bardzo dobrze, warto wypożyczyć samochód choćby na jeden dzień, żeby przekonać się jak idzie nam jazda po maderskich drogach.
Wieczór minął standardowo, obiado kolacja, wino i delektowanie się winem na balkonie.
Na jutro zaplanowaliśmy wycieczkę na Pico Ruivo - najwyższy szczyt Madery, oby tylko pogoda dopisała, dzisiaj słyszeliśmy, od osób, które były na tym szczycie, że z pogodą było różnie.