Dzień 5

www.madera.org.pl/dzien_5.html

Dzisiaj zapowiada się ciekawy dzień, pełen wędrówek i mamy nadzieje ciekawych widoków - jako, że pogoda wydaje się być wymarzona na tego rodzaju wycieczkę.
Jak każdego ranka po śniadaniu ruszamy w trasę. Na Pico Ruivo planujemy wejśc od strony schroniska Achada do Texeira. Żeby tam sie dostać musimy udać sie do Santany i stamtąd skręcic w stronę schroniska. Tak też robimy, z tym, ze po drodze zatrzymujemy sie w Porto da Cruz. I hmmm ... nie widzimy żadnych ludzi, miasteczko śpi w sobotni poranek, idziemy w stronę kościoła i dalej portu, mamy wrażenie, że jesteśmy tutaj sami, wreszcie widzimy kobietę, która powoli otwiera bar przy nabrzeżu. Pytamy czy można skorzystać z toalety i pani bez mrugnięcia okiem pokazuje gdzie się kierować. Tutaj turysta traktowany jest jak swego rodzaju dobro wspólne i każdy mieszkaniec Madery chce sprawić by czuł się tutaj jak najlepiej, pewnie dlatego w czasie całego pobytu tutaj spotykaliśmy się z olbrzymią uprzejmością. Porto da Cruz słynie z młynów cukrowych, nas bardziej interesują klify, które naturalnie fotografujemy i ruszamy dalej w stronę Santany. Wjeżdzając do Santany skręcamy w lewo koło stacji benzynowej i szukamy kierunkowskazu na Pico Ruivo, po chwili jedziemy drogą wiodącą na ten szczyt, na początku tej drogi są zabudowania, które wraz z tym im wyżej jesteśmy zanikają, ruch staje się mniejszy. Dojeżdzamy do punktu widokowego, do którego trzeba kawałek podejść kamiennymi schodkami. Widoki zapowiadają to co czeka nas wyżej, w dali widać Atlantyk i Santanę, niestety z południowego wschodu zbierają sie chmury przykrywając powoli widok, jako, że jesteśmy ponad poziomem chmur, widoki też mają swój urok. Jedziemy dalej do schroniska, po kilku minutach piłowania Getza na 2-gim biegu dojeżdzamy na plac parkingowy przed schroniskiem. Plac ten ma fantastyczny kolor - jak wiadomo Madera jest wyspą wulkaniczną i w tym miejscu ziemie ma mocno ceglany kolor.  Zakładam buty trekingowe, plecak na plecy i ruszamy, droga na Pico Ruivo od strony schroniska nie jest specjalnie trudna, idzie sie ścieżką wyłożona kawałkami bazaltu, zdarzaja się ostrzejsze podejścia, ale większość trasy jest łagodna. W miejscu gdzie trasa prowadzi po północnej zacienionej stronie widać gdzieniegdzie zmarzliny i lód, jako że w kilku miejscach na ścieżce jest woda trzeba uwazać, bo może byc ślisko - były miejsca gdzie woda była zamarznięta. Widoki z każdą chwilą coraz lepsze, znajdują się ciekaw miejsca na trasie jak fantazyjnie powyginane drzewa, czy swego rodzaju "brama" czy może lepiej pół bramy. Idąc widzimy już budynek schroniska znajdujacego sie poniżej Pico Ruivo, dochodzimy do skrzyżowania tras z trasa wiodąca na Pico  do Areeiro, po chwili jesteśmy przy schronisku i od razu mamy kota za towarzysza, jak się póżniej okazuje, kot ten towarzyszy każdej osobie, która wchodzi na plac przed schroniskiem licząc na jakiś poczęstunek. Po chwili odpoczynku ruszamy dalej w górę, od tego momentu trasa staje się o wiele trudniejsza, wspinamy sie kamiennymi schodami, przystając co jakis czas. Wreszcie wchodzimy na "dach" Madery, Sam szczyt to 3 platformy, na największej centralnej znajduja się dwa - hmmm - kamienne pomniki, tutaj ludzie często odpoczywają, leżąc lub siedząc. Widoki pierwszorzędne, po południowej stronie więcej chmur, natomiast północna jakby mniej zachmurzona. Idziemy na platforme po południowej stronie i obserwujemy Pico Areero, który raz po raz chowa się za chmurami, wracamy na platforme centralna i spotykamy tutaj parę w naszym wieku, która leciała razem z nami, z tym, że zatrzymali sie w hotelu w Santa Cruz. Wymieniamy się uwagami, swym doświadczeniem w zwiedzaniu Madery, o tym jak jest w hotelu, i tutaj nas zaskakują, u nich w hotelu nie podaja ryb, podczas gdy u nas mamy dwa rodzaje każdego dnia. Polecamy restaurację Cachalote w Porto Moniz, jako, że na następny dzień planują wycieczke w tamte rejony. I schodzimy na platforme północna, tutaj widoki sa bardziej wyraźne, widać więcej gór a chmury tworzą świetny dodatek. Pora schodzić do samochodu, okazuje się, że słońce świeci już z innej strony i nan nowo odkrywamy uroki trasy. Gdy przyjechaliśmy pod schronisko Achada, parking osnuty był chmurami, teraz jest dobrze widoczny już z daleka. Zejście zajęło nam ok 45 minut, ogólnie spędziliśmy tutaj ponad 3 godziny. Ponownie kierujemy sie w stronę Santany, tym razem chcemy zobaczyc trójkątne domy. Cóż można powiedzieć o Santanie nie zauroczyła nas a domy to dwa domki w centrum miasta i jeden koło jakiegoś hotelu, wprawdzie można zobaczyc co jest w środku, ale nie powala nas to na kolana. Wyjeżdzamy z Santany do kolejnego celu wycieczki  Ribeiro Frio miejsca gdzie hoduje się pstrągi. Droga pomiędzy Faial a Ribeiro Frio jest niezwykle urocza - przynajmniej dla nas, jedziemy kręta droga wspinając się cały czas w górę i podziwiając to co widac za oknem. Zatrzymujemy się co jakis czas i robimy fotostop. Ciekawostka, miejscowi kierowcy zatrzymują się tam gdzie im wygodnie i tak można zobaczyć samochód, który stoi sobie na zakręcie, nikogo to nie dziwi, ja tez po pewnym czasie, gdy chciałem cos zobaczyć, zrobić zdjęcie zatrzymywałem się na chwile tam gdzie było mi wygodnie i żaden kierowca nie reagował na to, że stoje w takim miejscu. Kierowcy na Maderze mają dużo cierpliwości, klakson służy tu głównie do ostrzegania sie na ostrych czy tez ciasnych zakrętach, żeby kierowca, który może jechac z naprzeciwka wiedział, ze coś jedzie. Głównie w ten sposób ostrzegaja kierowcy ciężarówek czy też autobusów. Wracając do wycieczki, dojeżdzamy do Riberio Frio, okolica bardzo cicha wręcz idyliczna, pełna zieleni, zatrzymujemy się przy pierwszym barze napotkanym przez nas, wysiadamy z samochodu i wg przewodnika mamy udać się z ten bar, tam maja prowadzić znaki do Balcoes, tak też jest idziemy w góre niby schodkami dochodzimy do "skrzyżowania" gdzie lewada prowadzi prosto lub w prawo, w prawo jest kierunkowskaż do Balcoes a prosto do Snack Baru, idziemy w prawo i po kilku minutach jesteśmy na Balcoes, na miejscu okazuje się, że chmury przysłaniają wszystko i niewiele widać, wracamy do skrzyżowania i kierujemy się w strone Snack Baru, zeby zapytac o pstrągi, my po angielsku, pani po portugalsku, ale dowiadujemy się, że mamy iść cały czas prosto, wędrujemy lewadą, widok tez niesamowity przez to, że znajdujemy się na poziomie chmur, co sprawia, że krajobraz staje się tajemniczy, lewada prowadzi przez mostek, po czym zawija o 180 stopni i po kilku minutach wychodzimy na asfaltową drogę, po której mamy iśc dalej prosto. Dochodzimy do Restauracji Ribeiro Frio i dalej drogą asfaltową w górę, dochodzimy do punktu kontrolnego Parque Natural do Ribeiro Frio, jest szlaban, budka ze strażnikiem, strażnik bez słowa podnosi szlaban, okazuje się, że jest po to żeby być, nikogo o nic nie pyta puszcza pieszych jak i samochody różnej maści z ciężarówkami włącznie. Po prawej stronie posterunku jest hodowla pstrąga. Wchodzimy na teren hodowli i tu też nikt nas nie niepokoi. Jest tu kilka zbiorników mniejszych i większych, chodzi sie wąskimi ścieżkami miedzy zbiornikami, u góry zbiorniki mają kształt prostokątny i układaja się w kaskadę, na samej górez sa malutkie pstrągi w dolnym prostokątnym zbiorniku takie ok 20 - 25 cm, z boku znajduja sie jeszcze owalne zbiorniki gdzie żyją dorosłe pstrągi. Całośc jest świetnie pomyślana pod względem technicznym, woda z rzeki doprowadzona jest czymś w rodzaju lewady i przelewa się kolejno przez każdy zbiornik, począwszy od prostokątnych na owalnych kończąc, wszystko to systemem miniaturowych lewad. Jeśli nie ma się czasu i nie chce chodzić lewadą od hodowli do Balcoes to lepiej podjechac samochodem od baru do restauracji Riberio Frio , sam spacer zajmuje trochę czasu. Opuszczając hodowle pstrąga idziemy do restauracji na kawę i mały odpoczynek, pijąc kawę wpadamy na pomysł, zeby jechać na Pico Areeiro - którego odwiedzenie dzisiaj nie mieliśmy w planie, zobaczyć zachód słońca, który ponoć wygląda z tego szczytu powalająco. Wracamy lewadą do samochodu i w drogę dojeżdzamy do punktu o nazwie Poiso i skręcamy w prawo zgodnie z kierunkowskazem na Pico Areeiro, drogą ta jak się okazuje mozna swobodnie jechać na 3 a nawet 4 biegu pod górę, widac, że juz sie sciemnia, ale mamy nadzieję, ze zobaczymy jeszcze zachód, szybko odzieramy się z tych złudzeń, jako, ze w dół zjeżdza cała gromada samochodów, pomimo tego jedziemy w górę. Docieramy na parking, który mieści się na samym szczycie Areeiro- no trzeba podejśc na platforme kilka schodków, ale i tak zdobyć szczyt o wysokości 1818 metrów podjeżdzając pod sam wierzchołek samochodem, to jest rzadkość. Niestety slońce już zaszło, robimy mimo to kilka fotek. Wogóle Areeiro jest ciekawym szczytem na Maderze, od innych mozna go odróżnić masztem telekomunikacyjnym oraz dwoma żurawiami wieżowymi (dzwigami), na jego szczycie prowadzona jest budowa w zasadzie nie wiem czego, ale sądząc po tym co teraz stoi bedzie to spory budynek jak na takie miejsce, jedynie mam nadzieję, że nie zaburzy scenerii.
Cóż zjeżdzamy w dół, troszkę niepocieszeni, ale planujemy, że jeszcze przyjedziemy tutaj na zachód słonca ostatniego wieczora, mijamy ponownie punkt kontrolny parku i kierujemy sie w dół okazuje się, że zjezdzając z Areeiro jechaliśmy drogą na Funchal i byliśmy w okolicy Monte, zamiast jechać do Funchal skręciliśmy na Camache na droge bardziej kręta i mroczną - ze względu na to, ze jest już komplentnie ciemno, a napewno dłuższą niz przez Funchal, wyjeżdzamy na Rapidę w okolicach Garaju, jedziemy jeszcze po drodze do supermarketu w Canico po wodę, wino i słodycze, po zakupach udajemy się na parking hotelowy, w pokoju zostawiamy zakupy i idziemy na kolację, umieramy z głodu już od momentu opuszczenia Ribeiro Frio, tam nie jedliśmy nic celowo, bo nam się to nie opłacało wiedząc, że w hotelu jest obiadokolacja. Wieczór minął jak zwykle, po obfitej obiadokolacji, balkon, wino i obserwowanie oceanu w pełni księżyca. Na jutro planujemy odwiedzić miasta na południowym zachodzie i zachodzie, m.in Calhete, gdzie jest jedyna piaszczysta plaża na Maderze, Ponta do Pargo, najbardziej na zachód wysuniętą część Madery.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz