Podsumowanie

Na Maderę z pewnością wrócimy, tylko wiosną. Są miejsca, których nie widzieliśmy i są też takie, które ze względu na pogodę nie ukazały całego uroku. Po lewadach przeszliśmy zaledwie parę kilometrów, w grudniu temperatury na lewadach zmieniają się błyskawicznie, zaczynamy idąc w krótkim rękawku, by po kilkudziesięciu minutach zobaczyć lód, z pewnością lewady swe piękno odkrywają w cieplejszych miesiącach i to chcielibyśmy zobaczyć. Nie mieliśmy okazji zobaczyć północno-wschodniej części Madery - od Santany do Sao Vicente oraz pobliskiej wyspy Porto Santo.
Urokiem zwiedzania Madery w pierwszych dwóch tygodniach grudnia jest z pewnością mała ilość turystów i świąteczny klimat, który widać na każdym kroku, przez szopki, świąteczne oświetlenie i sztuczny śnieg :)

Informacje

Jadąc na Maderę, wydawało nam się, ze wiemy sporo, a to czego nie wiemy, dowiemy się z przewodnika. W zasadzie w Polsce dostępne są dwa przewodniki Pascala i Thomasa Cooka, my byliśmy zaopatrzeni w ten pierwszy. Dodatkowo trzeba mieć mapę, najlepiej taką z zaznaczonymi lewadami, my kupiliśmy mapę w punkcie z pamiątkami niedaleko naszego hotelu za 4,5 E, mama w skali 1:75 000. Na Maderę koniecznie trzeba wziązć buty trekingowe, bez nich w wielu miejscach nie da się iść, a jeśli już ktoś chciałby iść naraża się na niewygodę a przede wszystkim niebezpieczeństwo. Jadąc w grudniu nie ma co przesadzać z gruba odzieżą, która przydaje się tylko podczas wycieczek w góry, ja chodziłem w krótkim rękawku i krótkich spodenkach, zawsze w samochodzie mieliśmy ciepłe ubrania mi w zupełności wystarczała "oddychająca" kurtka wodo i wiatro odporna, ale mi z reguły jest ciepło, Kasia poza podobną kurtka miała polar. Warto wziążć kremy do opalania, gdyż chodząc po górach, czy uliczkami miast i wsi można się opalić.
My nie wyobrażamy sobie funkcjonowania na Maderze bez samochodu, dlatego wypożyczenie auta uważamy za niezbędną rzecz. Należy wypożyczać jak najmłodsze auta, w ofercie wypożyczalni jest sporo Clio, nam wystarczył Getz, za którego zapłaciliśmy 168 E za tydzień, za Clio zapłacilibyśmy o ok 70 E więcej, w samochodzie warto mieć klimatyzację, ze względu na parujące szyby zwłaszcza w górach - nie wiemy jak wygląda to latem, ale na pewno wtedy są wyższe temperatury i klima tym bardziej sie przyda. Paliwa na całej Maderze kosztują tyle samo, benzyna kosztowała 1,203 E, najwięcej stacji jest w okolicy Funchal, na południu i południowym wschodzie, jadąc na zachód warto zatankować, jeżeli  mamy ok 1/4 zbiornika tutaj jest mało stacji., na drodze prowadzącej od mniej więcej Porto Moniz przez Rabacal, Paul da Serra do Encumeady nie ma stacji.
Słyszeliśmy różne opinie o drogach i samej jeździe samochodem po Maderze, jeździ się inaczej niż w Polsce bo po górzystym terenie, tak wyglądają drogi pomiędzy miejscowościami jak i w miejscowościach, jeżdżąc poza głównymi drogami często używa się hamulca ręcznego, słyszeliśmy, że drogi są bardzo wąskie i trzeba zjeżdżać na mijankę gdy z naprzeciwka jedzie samochód - taką drogę widzieliśmy tylko raz i jest to bardzo krótki odcinek ok 500 m prowadzący na Eira do Serrado, kierowcy są uprzejmi, na światłach jeździ się po via Rapidzie i w tunelach. Ja oceniam bardzo pozytywnie jazdę samochodem po Maderze, mi osobiście gorzej jeździ się w Polsce, najlepiej wypożyczyć samochód choćby na jeden dzień i samemu się przekonać, auta z wypożyczalni im starsze tym sprzęgło w gorszym stanie, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić :)
Można zwiedzać Maderę autobusami publicznymi, poznaliśmy osoby, które tak zwiedzały, jest to sposób tani ale czasochłonny, podczas pobytu 7-io dniowego mocno ogranicza zwiedzanie wyspy, można też zwiedzać korzystając z wycieczek autokarowych, ale ceny zaczynają się od 60E za osobę, i nie ma się takiej swobody jak podczas zwiedzania wynajętym samochodem.
My nie trzymaliśmy się kurczowo miejsc polecanych przez przewodnik, część z nich, które wg przewodnika są obowiązkowe nas w ogóle nie zauroczyły, natomiast te oznaczone jako do zwiedzenia w wolnym czasie bardzo zachwycały. Poza tym staraliśmy się zatrzymywać tam gdzie zauważyliśmy coś ciekawego choćby z drogi, w ten sposób widzieliśmy miejsca o których przewodnik milczy.
Przewodnik poleca restauracje ze smacznym jedzeniem, ponadto pytaliśmy miejscowych o miejsca w których warto zjeść, spora część miejsc polecanych przez miejscowych pokrywa się z tymi z przewodnika - nazwy tych miejsc przewijają się w blogu, za kawę płaci się od 1,2 do 1,5 E, ciasto do kawy kosztuje 1 do 2 E ale są to spore kawałki, za posiłek składający się ryby, ryżu/ziemniaków, sałatki płaci się ok 10 E, najtaniej i najlepiej jedliśmy w restauracji Cachalote w Porto Moniz, za bochen chleba, salaterkę oliwek, 5 sardynek, espady i dla każdego risotto z owocami morza, ziemniaki, pataty, surówki, napoje zapłaciliśmy 22 E za dwie osoby, generalnie ceny posiłków oscylują w granicy 10 - 15 E.
Dodatkowo warto robić zakupy w marketach o wiele łatwiej o to mając samochód, za 6 butelek wody mineralnej zapłaciliśmy 1,2 E, wina kosztują od 1 E w górę, najdroższe jakie widzieliśmy kosztowało ponad 200 E :), piwo butelka Coral 0,33l kosztuje ok 0,54E.

Po napisaniu tego bloga napisało do mnie kilka osób z pytaniami dotyczącymi wycieczki na Maderę - co warto zobaczyć, jak zorganizować sobie tam czas, wówczas pojawił się pomysł strony internetowej, w ten właśnie sposób powstała strona www.madera.org.pl.  Strona z początku miała niewielka zawartość - bo około 10 podstron, z czasem rozwinęła się do kilkuset podstron a także  dzięki współpracy z Oficjalną Turystyczną Stroną Madery,  pojawiły się artykuły i informacje zaczerpnięte z oficjalnej strony Madery.

Po wycieczce

Dzisiaj wrócilismy z wakacji na Maderze, w związku z tym, że na miejscu unikaliśmy komputera, poza tym  nie było czasu na pisanie, dopiero teraz uzupełnię tego bloga o  relację z tej przeuroczej wyspy.
Na razie trzeba się ogarnąć, także kolejny wpis na pewno zamieszcze pózniej.

Dzień 8

www.madera.org.pl/dzien_8.html

Dzisiejszy poranek w przeciwieństwie do wczorajszego zaczyna się słonecznie, musimy sie spakowac i przygotować do podróży. Najpierw idziemy na śniadanie, które jak zwykle jemy na tarasie, z tą różnicą, że nigdzie się nie spieszymy, ciesząc się słońcem, widokiem na ocean i ostatnim porankiem na Maderze. Po śniadaniu i rozmowach z polakami, udajemy się do recepcji, żeby zwrócić samochód. Po konsultacji telefonicznej z przedstawicielem wypożyczalni, recepcjonistka, prosi o kluczyki i umowe najmu, bierze kluczyki, sprawdza umowę i pyta się gdzie jest zaparkowane auto. I w tak szybki i sprawny sposób oddaliśmy auto, nikt nie sprawdzał stanu auta, paliwa i tym podobnych rzeczy. Przed oddaniem samochodu sprawdziłem stan licznika, od środy rano do poniedziałku wieczorem przejechaliśmy lekko ponad 800 kilometrów, wydając ok 70 - 75E na benzynę, spalanie wychodzi spore, ale biorąc pod uwagę, że często uzywa się drugiego biegu podczas wjezdzania pod górę nie jest tragicznie. Samochód oddany, czas się spakować, to idzie nam zadziwiająco szybko, mamy jeszcze dobre 2 godziny do odjazdu autokaru, wieć ten czas trzeba jakoś wykorzystac, ja biore aparat i fotografuje okolice hotelu, Kasia korzysta ze słońca, wkoło hotelu kręci się sporo osób czekających na autobus podobnie jak my tak dobijamy do 11;15 idziemy szybko się wykąpać, pózniej ostatni rzut okiem na ocean z balkonu i schodzimy do recepcji oddać klucz, recepcjonistka życzy nam po polsku wesołych świąt i szczęsliwego roku - jednak zanim orientujemy się, że to do nas i po polsku pani recytuje juz "nowego roku", miły akcent, teraz wystarczy tylko wdrapac sie pod górke do autokaru, kierowca pomaga załadowac walizki, my wsiadamy do środka. W środku jest już sporo ludzi, gdy przyjechaliśmy jechało z nami może 15 osób. Kolejny raz podziwiamy kunszt kierowcy, który cofa pod górkę na wąskiej uliczce, udajemy się jeszcze do hotelu Dom Pedro Baia, po chwili wchodza osoby, które korzystały z tego hotelu a do nas dobiega dzwięk jakby ktoś strzelał salwy z armaty na pożegnanie gości, okazuje się, że te "salwy" to norma i słychac je było codziennie od rana do wieczora. Udajemy sie na lotnisko, podjezdzamy pod terminal i widzimy już rezydentów, którzy wsiadaja do autokaru informując nas o tym, ze lot bedzie planowo i jak bedzie przebiegac odprawa, nasłowa rezydentki "proszę przygotowac kupony, które otrzymaliśmy w Warszawie z 2/3 biletu" w autokarze robi się mały popłoch, kazdy sprawdza czy ma to coś, na ten widok rezydentka mówi, ze gdyby ktoś zgubił ma podejść do niej. Wchodzimy do terminalu i idziemy ustawić się w kolejce w celu otrzymania karty pokładowej i oddania bagażu, kolejka jest dłuuuga, dodatkowo przygnębia informacja, która pokazuje sie nad stanowiskiem odpraw, czyli numer lotu, destynacja, linie lotnicze a pod spodem mini prognoza pogody, w Warszawie jest 4 stopnie i spore zachmurzenie. Po odprawie przechodzimy kontrolę, która przeprowadzaja uśmiechnięci i zyczliwie nastawieni funkcjonariusze. Zajmujemy mijsca na ławce obok sklepu wolnocłowego, ja biorę aparat do reki i idę w pobliże drzwi, które znajduja się obok w/w sklepu, jest tutaj lepszy widok na samoloty niz z tarasu, gdyż znajduje się na tym samym poziomie co maszyny na płycie lotniska. Robię zdjęcia i udaje mi sie sfotografować kołujący samolot, którym bedziemy leciec do Polski, który kołuje prosto na mnie, do tego dochodzą samoloty startujące. Po tej sesji idziemy na kawę, a pózniej z aparatem idę na taras widokowy. Tutaj samoloty widac z innej perspektywy, robię kilka fotek i słysze, że zaczyna się boarding, szybko schodze na dół, ustawiamy sie w kolejce i po kilku minutach idziemy płyta lotniska w strone samolotu,   robię kilka fotek z płyty lotniska i wchodzimy do samolotu, mamy miejsca 27 E i F. Zajmujemy miejsce, tym razem ja siedze w środku, ale fotel D jest wolny, generalnie fotele przy przejściu sa wolne chyba, że lecą 3 znajome osoby. Przed kołowaniem otwieraja sie monitorki, na których projektowany jest film z zakresu bezpieczeństwa. Ustawiamy się na pasie startowym i start, który przebiega baaaardzo łagodnie, podobnie jak ten z Warszawy, wspinamy sie w górę, osoby siedzace na miejscach A i B maja tym razem widok na Madere, my na ocean. Podczas wznoszenia ludzie zaczynaja grzebać w półkach na bagaże, najpierw jedna osoba, pózniej kolejna i tak o to wstało 7 osób, na co reagują stewardessy, prosząc o zajęcie miejsc, przypominając, że nie mozna wstawac do momentu zgaszenia się sygnału zapiąć pasy. Po osiągnięciu pwysokości przelotowej, otrzymujemy gaść informacji dotyczących lotu od pilota po angielsku, za chwile to samo powtarza polska stewardesa w naszym ojczystym języku, dodaje też, że bedzie wyświetlany film, a słuchawki niezbedne do ogladania - a raczej słyszenia dzwięku - sa do nabycia u stewardess za 4 E, ja na szczęście mam swoje :) Zaczyna sie podniebny kiermasz, który jest powtarzany jeszcze dwa razy. Lot mnie trochę nudzi, robi sie ciemno i nie wiadomo co ze soba zrobić, próbuje posłuchac muzyki z systemu samolotu, ale nie da się wyregulowac głośności na optymalnym dla mnie poziomie, jest stanowczo za głośno, przerzucam się na swój odtwarzacz, ogladam zdjęcia robione na Maderze i czas troche przyśpieszył. Tak to czas leciał, wreszcie obsługa samolotu informuje nas, ze bedziemy podchodzić do ladowania, chmury są gęste i nisko nad Warszawą, lądowanie przebiega łagodnie i sprawnie, po wyjściu z samolotu kierujemy się po odbiór bagażu, który nastepuje zaskakująco szybko, żegnamy sie z osobami, które poznalismy podczas wyieczki, wymieniamy się numerami telefonów, e-mailami i wychodzimy z terminalu udając sie do domu ...

Dzień 7

www.madera.org.pl/dzien_7.html

Poranek nas zasakauje, patrząc na balkon i taras restauracji widać, że padał deszcz, spoglądamy w stronę Funchal a tam ciemna i cięzka chmura. Zapowiada się, że pierwszy raz śniadanie zjemy w środku restauracji a nie na tarasie, jednak kelner widząc nas nakrywa stolik na tarasie, tak więc tradycja zostaje podtrzymana. Po śniadaniu wsiadamy do samochodu i jedziemy do Curral das Freiras, miejsca które według osób z hotelu trzeba zobaczyć, ale zanim dojedzie się do wioski trzeba odwiedzić punkt widokowy w Eira do Serrado, skąd widać wioskę. Chwilę po tym gdy wyjechaliśmy z Canico zaczyna kropić deszcz, stopniowo się nasilając, przed Funchal już leje tak, ze wycieraczki nie nadążają z oczyszczaniem szyby, na domiar złego wjezdzamy w chmury, pierwszy raz doświadczamy jazdy w chmurach na takiej wysokości, kompletnie nie widać Funchal, mimo tego, że jedziemy via Rapidą naokoło miasta, zastanawiamy się czy nie wrócić do hotelu po stroje kapielowe i ruszyć do Calhety gdzie pogoda zwykle dopisuje, z drugiej strony wiemy, że w Curral das Freiras może świecić słońce i tak kontynuujemy podróż. Około 0,5 km oddrogowskazu na Eira do Serrado, deszcz przestaje padać, i gdzie niegdzie zaczyna przebijać się słońce. Sama droga na Eira do Serrado w górnej części jest na tyle wąska, ze dwa autokary mają problem, zeby się minąć, kierowcy autokarów dojeżdzając do zakrętów trąbią, zeby ostrzec ewentualnych jadących z naprzeciwka, tworzy to ciekawy klimat, gdzie idylliczny widok i cisza zostaje zakłócona przez trąbienie. Na parkingu ku naszemu zadowoleniu widzimy, że spora grupa turystów wsiada do trzech autokarów, wyglada na to, że razem z nami na punkt widokowy wejdzie ok 5 osób. Bierzemy statyw, aparat i udajemy się na punkt krocząc schodami zbudowanymi z kawałków bazaltu , Curral das Freiras widać bez problemów, widok jest ciekawy głównie za sprawą wijących się wokół wioski dróg, które tworzą malowniczy klimat, niestety powoli zaczynają nadciągać malutkie chmurki i wycieczka autokarowa, schodzimy do samochodu, chmury sa tutaj juz tak gęste, ze nie widać drogi prowadzącej na parking, słychac tylko klaksony autobusów. My zjeżdzamy w dół do wioski szukając lokalu o nazwie Vale das Freiras, który według przewodnika znajdować ma się naprzeciw kościoła, lokal w rzeczywistości znajduje sie po przekątnej, po stronie punktu informacyjnego, zamawiamy kawę, po kawałku ciasta i jako, ze wioska ta słynie z likierów pytamy czy można spróbowac kieliszek, okazuje się, że tak ale kieliszek kosztuje 1E, więc pozostajemy tylko przy kawie i cieście. Po chwili dostajemy kawę po sporym kawałku ciasta - powiedziałbym kawale ciasta - i trzy plastikowe kieliszki z różnymi likierami, kieliszki napełnione są w 1/3, kelnerka podkreśla, ze likiery są za darmo, ja moczę język i są nawet niezłe, ale nie kusimy się na zakup. Wypijamy kawę i idziemy dalej zobaczyc kościół - a i zapomniałbym przed restauracją sa makiety zakonnic i można wszadzić głowe i pstryknąć sobie fotkę, jedna makieta przedstawia zakonnice klęcząca a druga stojąca - z tyłu kościoła jest cmentarz i to nas bardziej interesuje, wygląda inaczej niż te znane z Polski, m.in na kazdym nagrobku są zdjęcia osób pochowanych, nie bede sie tutaj rozpisywał o tym. Po obejściu kościoła i terenów doń przyległych wracamy ponownie na główna ulice, co nas uderza ulica jest pusta zero ruchu pieszych i samochodowego. Udajemy sie do samochodu i decydujemy, że jedziemy do Camara de Lobos konkretnie do restauracji Churchill's na Espetade, czyli szaszłyk z wołowiny natartej czosnkiem, ostatnio widzieliśmy w tej restauracji to danie. Chwilę po wyjezdzie z tunelu za Curral das Freiras znowu zaczyna padać, deszcz się nasila i tak dojeżdzamy do Camara, zatrzymujemy się na parkingu przy porcie i szybko udajemy się do Churchilla jako, że deszcz ciągle pada. Jesteśmy jedynymi goścmi tego lokalu, składamy zamówienie i czekamy, w międzyczasie dostajemy chleb i masło czosnkowe, a ja odkrywam, że przy porcie między łodziami, rybacy oprawiają ryby, robię zdjęcia z góry, ale za bardzo nie mogę zidentyfikować co to za ryba, widzę, że jest spora, ma ok 1,5 metra długości i jest "szeroka". Wracam do stolika gdyż dostaliśmy szaszłyki, smakują wybornie i szybko znikają z naszych talerzy. Po wyjściu z restauracji schodzimy w dół do portu, droga jest bardzo śliska, zauważamy, że piękne chodniki, ścieżki czy też schody, zwłaszcza te spotykane na Maderze w postaci uwypukleń zamiast tradycyjnych stopni - coś na kształt górek przypominających próg zwalniający - są świetne gdy jest sucho gdy spadnie deszcz stają się bardzo śliskie, biorąc pod uwagę, że na Maderze chodzi się pod albo z górki jest wesoło. Cieszę się, że w samochodzie ubrałem buty trekingowe w sportowych pewnie sunąłbym z tej górki jak na nartach. Mam zamiar podejśc do rybaków i zapytać czy mogę zrobić im zdjęcia przy pracy i spróbować porozmawiać, mam pewne obawy gdyz jak wspomniałem podczas pierwszej wycieczki do Camara de Lobos wyglądaja oni jak piraci, a dzisiaj pogoda - deszcz i zachmurzenie - robi tło jak z horroru, jednak podchodzę i pytam czy mogę zrobic zdjęcia, okazuje się, że nie jest to najmniejszym problemem, jednak ryby, które z tarasu restauracji widziałem w całości, teraz są już filetowane, dowiaduje się, że ryby którymi się zajmują to rekiny, zresztą obok stoi spore wiadro w którym można rozpoznać głowy rekinów, robimy zdjęcia i ruszamy do samochodu i dalej do hotelu. Na dzisiaj planujemy też zobaczyć zachód słońca na Pico do Areeiro, mając trochę czasu do zachodu idziemy skorzystać ze strefy rekraacyjnej hotelu. Po małym relaksie ponownie wsiadamy do samochodu i ruszamy na Pico do Areeiro, kierujemy się na Funchal, dalej na Monte, deszcz juz nie pada, ale pozostają chmury, gdzie niegdzie słońce się przebija, ale chmury jak były tak są, jadąc na parking u podnóża Areeiro, robimy zdjęcia rdzawego krajobrazu w tym miejscu, korzystając z chwilowego przejaśnienia, na parkingu okazuje się, że zachmurzenie jest spore i z zachodu raczej nic nie będzie, mimo to czekamy w schronisku, może chmury się rozejdą, popijając kawę z każdą chwilą tracimy nadzieję, że cokolwiek zobaczymy, zapada decyzja, że trzeba wracać. Wsiadamy do samochodu i kolejny raz odkrywamy, że klimatyzacja bardzo się przydaje, przy takiej pogodzie szyby bardzo szybko parują, ale klima jeszcze szybciej je odparowuje. Jadąc do hotelu widzimy, że niebo nad Funchal nie jest już przykryte chmurami, postanawiamy przyjechać tutaj po kolacji, zobaczyc jak to miasto wygląda nocą - ponoc wygląda rewelacyjne. Po drodze zjezdzamy do supermarketu kupić wina dla nas, dla znajomych oraz coś do jedzenia na jutrzejszą podróż. Podjezdzamy pod hotel, szybka kolacja, ponownie wsiadamy do samochodu i jedziemy do Funchal. Decydujemy się na podróż samochodem mjąc nadzieję, że ok 21 o wiele łatwiej bedzie zaparkować a i łatwiej bedzie się poruszać. W Funchal zjeżdzamy z via Rapidy w miejscu gdzie zjeżdzaliśmy jadąc autobusem hotelowym, staramy trzymać sie trasy jaką jechaliśmy autobusem, ale w pewnym momencie nie możemy sobie przypomniec jak dalej jechać, jeżdzimy w znanej nam okolicy, poznajemy ulice, ale część z nich jest jednokierunkowa i wyjeżdzamy całkiem gdzie indziej, a skręcają w stronę ulic, które znamy, jedziemy wiaduktem, po kilkunastu minutach w końcu wjeżdzamy na  Rua 5 de Qutubro, która znamy, dojezdzamy ulicą do końca i skręcemy w prawo w Avenida das Comunidaes Madeirenses, jedziemy cały czas prosto, miejsce parkingowe znajdujemy na ulicy  Estrada da Pontinha prowadzącej do miejsca gdzie przycumowane są statki. Bierzemy aparat, statyw i ruszamy w miasto. Funchal o tej porze wygląda całkiem inaczej jest kapitalnie oświetlone, co chwile robimy zdjęcia i nawet tutaj chodząc z aparatem na statywie jesteśmy sensacją, idziemy wzdłuż nabrzeża, pięknie jest oświetlona Avenida Zarco i jej przedłużenie w stronę oceanu, my idziemy dalej i skręcamy w stronę katedry, która otoczona jest świecącymi aniołami, następnie kierujemy się Avenida Arriga, przechodząc obok Jardim de Sao Francisco dochodzą nas dzwięki muzyki, okazuje się, że społeczność Afrykańska ma jakieś święto i bawi się w tym miejscu, przyglądamy sie przez chwilę i ruszamy dalej w stronę fontanny kuli, wszystko jest tak fantastycznie oświetlone, każda ulica mała czy duża w centrum ma swój niepowtarzalny urok, władze miasta stworzyły niesamowity klimat tym oświetleniem, Funchal jest jednym z najładniej oświetlonych w okresie świątecznym miast jakie widziałem, a tych widziałem sporo w różnych częśćiach świata. Funchal ma też jeden z najpiękniejszych i najdłuższych nowo rocznych pokazów sztucznych ogni na świecie. Ale na nas czas kierujemy się do samochodu, jesteśmy mimo wszystko zmęczeni dzisiejszym dniem, jedynie fotografujemy statki w porcie i z nostalgią opuszczamy Funchal. Tego wieczoru na balkonie nie planujemy przy winie co będziemy robić jutro, wiemy, że o 11.45 przyjedzie autokar i zawiezie nas na lotnisko skąd udamy się do Polski. Siedzimy wpatrując się w ocean i palmy, które rosna niemal przed nami, cóz ciężko będzie opuszczać Maderę, zwłaszcza, że w Polsce jest zimniej o 20 - 25 stopni. Tymczasem trzeba się wyspać przed jutrzejszym ciężkim dniem.

Dzień 6

www.madera.org.pl/dzien_6.html

Kolejny dzień zaczyna się od pobudki spowodowanej przez prom do Porto Santo, nie wiem czy tak było wcześniej, ale dzisiaj wyjątkowo głośno jak na moje ucho przepłynął przed hotelem, Kasia juz nie spała i miała z tego niezły ubaw. Każdy poranek wygląda tutaj podobnie, czyli po pobudce wyjście na balkon w celu obadania pogody, póżniej szybka toaleta, śniadanie i pakowanie plecaka na wędrówkę, dzisiaj wyjątkowo w plecaku lądują stroje kąpielowe i ręczniki, tak wyekwipowani ruszamy do samochodu i dalej na zachód wyspy.  Naszym pierwszym przystankiem jest Cabo Girao, jeden z wyższych klifów w Europie, na parking kierują nas drogowskazy już od samej via Rapidy, na miejscu sporo ludzi, akurat sa dwa autokary wycieczkowe. Na samym klifie folklor, sprzedawcy maderskich pamiątek rozłożyli się po obu stronach krótkiej drogi prowadzącej do punktu widokowego, naszą uwagę przykuwa pan grający na plastikowym wiaderku, wygląda komicznie. Sam klif nie robi takiego wrażenia jak spodziewaliśmy się po wzmiance w przewodniku, że to dla osób o mocnych nerwach i takich którym niestraszne są zawroty głowy, my nic takiego nie odczuwamy, ba odydwoje uważamy, że sa miejsca na Maderze gdzie zawroty głowy moga bardziej dokuczyć niż tutaj, np Sao Lourenco. Faktem jest, że z klifu jest ciekawy widok na panoramę Funchal - dzisiaj akurat niebo nad Funchal jest zachmurzone i widok w dół, ciekawi mnie jak klif prezentuje sie z poziomu oceanu. Po krótkim bo zaledwie 10 - 15 minutowym pobycie na Cabo Girao ruszamy dalej, następny przystanek to Ponta do Sol - wg przewodnika zawsze tonie w słońcu, wjeżdzamy na parking, i kierujemy się w stronę kościoła, uliczki wkoło i sam plac przed kościołem są bardzo ładnie przystrojone biało niebieskimi kokardami, które tworza swoisty baldachim, wyglada to bardzo fajnie, pod kościołem okazuje się, że na ten dzień planowany jest ślub, my idziemy w stronę oceanu i kamienistej plaży.Po lewej stronie znajduje się budowla, która wcina się w morze niczym molo, jest solidna bo z kamienia, to tez zwraca naszą uwagę i tam tez się kierujemy. Na miejscu wydaje mi sie, ze jest to  nabrzeże, które kiedyś było wykorzystywane do rozładunku towarów ze statków. Budowla ta jest o tyle ciekawa, że ma schody, którymi można zejść w dół, wyglądem przypomina mi to zejścia na peron na dworcach kolejowych w Polsce, tylko zamiast peronów jest platforma na której okoliczni mieszkańcy łowią ryby, jak zwykle robimy zdjęcia i ruszamy dalej, trochę zaniepokojeni, gdyż niebo coraz bardziej zaciąga się chmurami. Z Ponta do Sol kierujemy się do miejscowości Madalena do Mar, gdzie w miejscowym kościele pochowany jest Henrique Alemao, nam polakom bardziej znany jako Władysław III Warneńczyk. Sama miejscowośc jest pełna uroku, dojeżdzamy do kościoła, gdzie akurat kończy się msza, niestety nie ma miejsca do zaparkowania i jedziemy dalej, na spory parking. W samej wiosce uprawia się banany, są spore plantacje tych owoców, my kierujemy się w strone kościoła fotografując kwiaty bananowca i kwitnące banany. Na placu przy kościele stoja ludzie, którzy wyszli z mszy, ale ze zdumieniem  widzimy, że drzwi do kościoła sa zamknięte. No cóż obchodzimy się smakiem, ale w przewodniku opisany jest tez dom, w którym mieszkał Władysław z  portugalską żoną. Na drzwiach domu ma być królewski herb. Przewodnik opisuje, że jest na zachód od kościoła, tak wiec szukamy domu z drzwiami zabitymi deskami, najpierw obeszliśmy okolice, póżniej objechaliśmy samochodem, niestety nic podobnego nie znalezliśmy. Wjezdzając do kościoła od strony Ponta do Sol widzieliśmy dom, który odpowiadałby opisowi, ale był on od wschodu kościoła, jedziemy tam jeszcze raz, zeby sie przyjrzeć, parkujemy samochód przy barze, który znajduje się niemal naprzeciw kościoła i z przewodnikiem w rece idę zapytac kobiety, które siedza przed tym barem. Pokazuje im w przewodniku strone z napisem Henrique Alemao i dowiaduje się, ze dom którego szukamy to ten na wschód od koscioła, który praktycznie graniczy z kościołem, pytam jeszcze czy kościół otwarty jest poza mszą, ale okazuje się, ze nie a jedyna msza własnie się zakończyła. Tak więc ruszamy w stronę budynku, który wskazała nam kobieta, robimy zdjęcia, obchodzimy go tam gdzie się da, a dodać trzeba, ze budynek jest w fatalnym stanie, w środku jest mocno zdewastowany, niestety drzwi też sa w fatalnym stanie, ale nad drzwiami jest owalna tabliczka z rokiem 1891 i napisem "Companhia de Seguros Allianca Madeirense" co w wolnym tłumaczeniu oznacza "firma ubezpieczeniowa sojuszu maderskiego". Gdy robiliśmy zdjęcia podszedł do nas miejscowy i coś próbował wytłumaczyć po portugalsku, ale niestety ten pierwszy i jak na razie jedyny raz nie mogliśmy się z nim porozumiec, tak więc nie wiem o co temu panu chodziło. Idziemy do samochodu i kierujemy się do Calhety, czyli celu naszej dzisiejszej wycieczki. Sybko dojeżdzamy do celu, sama Calheta jest mała, główne zabudowania sa prostopadle do oceanu, znajduje się tutaj muzeum na świezym powietrzu przy promenadzie,  koło kościoła znajduje się jeden z niewielu młynów cukrowych na wyspie, ale najwiecej turystów przyciągaja dwie sztuczne piaszczyste plaże. Parkujemy przy hotelu Calheta Beach, pewien starszy pan, który odjeżdza ze stanowisko obok nas daje nam bilet parkingowy, mówiąc, że jest ważny jeszcze przez 15 minut, mówimy, że idziemy plażowac i popływać i dziękujemy bardzo, bo 15 minut to za mało. Kupujemy bilet za 1,5E na dwie godziny - jest to bodajże jedyne jak do tej pory miejsce gdzie płacilismy za  parkowanie. Udajemy się na plaże, zajmujemy miejsce, ja idę od razu zanurzyć się w oceanie, dno jest bardzo nieregularne najpierw jest płasko a następny krok to już zmiana głębokości o dobre 50 cm, poza tym na dnie są kamienie i trzeba uważac, żeby się nie uderzyć, najlepiej płynąć, miałem problem z wyczuciem głębokości, odpłynąłem 20 metrów od brzegu i nie mogłem dotknąć stopami dna, odpływając 30 metrów od brzegu mogłem spokojnie stanąć, także jak już wspominałem lepiej nie bawić sie w wyczówanie dna tylko po prostu pływać :) Jako, ze nie jestem zwolennikiem opalania się leżąc plakiem na plaży czas trochę zaczął mi się dłużyć, wdrapałem się na falochron zbudowany z bloków o wysokości ok 2 metrów i  tam obserwowałem ocean i grupę miejscowych osób, które łowiły ryby, to znowu poszedłem popływać, i ponownie na falochron, tak zleciały mi te dwie godziny. Dodać trzeba, że w Calhecie pogoda była świetna, cały czas świeciło słońce, temperatura ok 25 stopni. Szybko się przebraliśmy i ruszylismy do samochodu. Teraz planowaliśmy odwiedzić miejscowość Ponta do Pargo - najbardziej na zachód wysuniętą część Madery. Ruszyliśmy na zachód i przejezdzając obok miejscowości Jardim do Mar postanowiliśmy zobaczyć cóż ciekawego tutaj jest, opis w przewodniku był mocno lakoniczny i w zasadzie ograniczał sie do tego, ze miejscowość została tak nazwana ze względu na obfitość dzikich kwiatów, które zastali tu pierwsi osadnicy, ale z racji tego, że jest grudzień piękna kwiatów z pewnością nie zobaczymy, podobnie jak surfingowców, którzy pojawiają się tutaj wiosną. Tradycyjnie szukamy wieży kościelnej, zwykle kościoły są w centrach maderskich miast i wsi, i możliwie najbliżej kościoła parkujemy. Życie w tej miejscowości płynie leniwie, miejscowi siedzą na placyku i widocznie jesteśmy dla nich sporą atrakcją, kierujemy się wąską uliczka w stronę oceanu, zblizająć się coraz blizej słyszymy jak fale rozbijają się o nabrzeże, wchodzimy na swego rodzaju taras z którego można zejśc w dół na promenadę. Robimy parę fotek falom i czym predzej schodzimy na promenadę, wiemy dlaczego można spotkac tutaj surfingowców, fale są idealne do uprawiania tego sportu, "rolują się" zanim uderzą w nabrzeże, mają wysokość ok 4 metrów. Na obserwowaniu fal spędzamy dobrą godzinę, czas wracać do samochodu, ale po drodze odwiedzamy kościół, który nas zasakauje, pierwszy raz widzimy kościół, którego podłoga nie jest wykonana z kamienia, marmuru czy granitu, ale z drzewa, na podłodze jest ułożony parkiet w jodełkę, podłoga jest w świetnym stanie, ba w niektórych domach jest w gorszym stanie. Wracamy do samochodu i ruszamy dalej. W Ponta do Pargo kierujemy się zgodnie ze znakami na "Falor" czyli latarnię morską, początkowo po obu stronach ulicy towarzyszą nam zabudowania, póżniej pastwiska i dojeżdzamy na parking, który jest koło latarni. Wychodząc na malutki cypelek mamy z trzech stron widok na  ocean, zdążyliśmy się przyzwyczaić do wspaniałych i zaskakujących widoków i ten nic a nic nie odbiega od tego do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. Po serii zdjęć jedziemy dalej z zamiarem odwiedzenia miejscowej restauracji Solar do Pargo i spróbowania espady espetady - wołowiny natartej czosnkiem, nadzianej na patyk z drzewa laurowego i pieczonej nad płonącym drewnem. Nie możemy trafic do tej restauracji i pytamy kobietę ok 35 lat jak do niej dojechać, okazuje się, że kobieta dobrze mówi po angielsku i chwilę rozmawiamy, okazuje się, że restauracja, której szukamy jest zamknięta, ale po drodze w stronę Porto Moniz jest restauracja, którą poleca znajomy tej kobiety. Jako, że palnowaliśmy wracać prze Paul da Serra, jest nam po drodze. Znajdujemy restaurację o której mówiła kobieta, ale jesteśmy w niej jedynymi klientami, w środku jest bardzo zimno - na zewnątrz chyba było cieplej - a menu ogranicza się dosłownie do kilku pozycji, rezygnujemy i udajemy się w dlaszą drogę. Przejezdzając koło miejscowości Achadas da Cruz przypomina nam się, że para, którą spotkaliśmy na Pico Ruivo, z która tez lecieliśmy na Madere wspominała, że jest tutaj świetna kolejka linowa i od razu wypatrujemy znaków "Teleferico", znajdujemy znak i kierujemy się zgodnie z oznaczeniem pare kilometrów w dół. Na miejscu widzimy górną stację kolejki, usytuowanej na szczycie klifu do dolnej jedzie się niemal pionowo w dół , cena biletu to 3E, jest tylko małe ale, kolejka jest nieczynna, pozostaje zrobienie zdjęć, w tym towarowej kolejki linowej Ruszamy dalej, dojeżdzamy do skrzyżowania na którym skręcamy w prawo zgodnie z oznaczeniem "Paul da Serra", mamy nadzieje na lepsze widoki niż ostatnio i początkowo tak też jest. W pewnym momencie na drodze pojawia się stado krów, krowy chodzą sobie luzem nie są do niczego przywiązane, tą niecodzienną sytuację fotografujemy, ale zanim mija zaskoczenie na drodze zostały może z 4 krowy, które szybko poschodziły na pobocze. Po przejechaniu ok 5 km, widoczność robi się coraz gorsza i w końcu jest  gorzej niż wtedy gdy jechaliśmy po raz pierwszy, w gęstych chmurach, które mają ciemny kolor jedziemy w zasadzie widząc w promieniu 20 metrów, przejeżdzamy koło zbiornika wody, i ten jest ledwo widoczny, na szczęście chmury się rozrzedzaja i wjezdzając na wrzosowiska mamy juz całkiem przyzwoitą widoczność, zatrzymujemy się co chwilę robiąc zdjęcia, wjeżdzając w okolice fermy wiatrowej znowu pojawiają się ciężkie chmuy, które towarzyszą nam do samej Encumeady, na dodatek robi sie coraz ciemniej. Jako, że nie mamy dosyć, chcemy pojechac do Garaju i porobić nocne zdjęcia panaramy Funchal i Cristo Rei, musimy tylko podjechac do hotelu po statyw. Mając statym meldujemy się przy Cristo Rei, zakochanych jakby więcej, miejsce to ma teraz całkiem inny wymiar, rozstawiamy się ze statywem i też wzbudzamy pewnego rodzaju zainteresowanie, dopiero teraz uświadamiamy sobie, że do tej pory nie widzieliśmy żadnego turysty, który robiłby zdjęcia z użyciem statywu :) Czas mija szybko na robieniu zdjęć, ale głód daje o sobie znać, czas wracac do hotelu na posiłek, wczesniej odwiedzając supermarket w Canico w celu zakupienia wina i piwa. Ty razem w wyborze wina pomaga nam bardzo sympatyczny pan, zachwalając wina z regionu Tinto, wcześniej smakowaliśmy wina z regionu Alentejo,  idąc za ciosem zamiast piwa Coral bierzemy Zarco :) Tak wyposażeni wracamy do hotelu, na celebrację wieczoru czyli kolacja i biesiadowanie na balkonie. Dzisiaj nie mamy  problemu z wyborem miejsca jutrzejszej wycieczki - ostatniego pełnego dnia jaki spędzimy na Maderze - wybieramy sie do miejsca zwanego Curral das Freiras czyli Schronienia Zakonnic a na wieczór planujemy zobaczyć zachód słońca z Pico Areeiro, zobaczymy co z tego wyjdzie ....

Dzień 5

www.madera.org.pl/dzien_5.html

Dzisiaj zapowiada się ciekawy dzień, pełen wędrówek i mamy nadzieje ciekawych widoków - jako, że pogoda wydaje się być wymarzona na tego rodzaju wycieczkę.
Jak każdego ranka po śniadaniu ruszamy w trasę. Na Pico Ruivo planujemy wejśc od strony schroniska Achada do Texeira. Żeby tam sie dostać musimy udać sie do Santany i stamtąd skręcic w stronę schroniska. Tak też robimy, z tym, ze po drodze zatrzymujemy sie w Porto da Cruz. I hmmm ... nie widzimy żadnych ludzi, miasteczko śpi w sobotni poranek, idziemy w stronę kościoła i dalej portu, mamy wrażenie, że jesteśmy tutaj sami, wreszcie widzimy kobietę, która powoli otwiera bar przy nabrzeżu. Pytamy czy można skorzystać z toalety i pani bez mrugnięcia okiem pokazuje gdzie się kierować. Tutaj turysta traktowany jest jak swego rodzaju dobro wspólne i każdy mieszkaniec Madery chce sprawić by czuł się tutaj jak najlepiej, pewnie dlatego w czasie całego pobytu tutaj spotykaliśmy się z olbrzymią uprzejmością. Porto da Cruz słynie z młynów cukrowych, nas bardziej interesują klify, które naturalnie fotografujemy i ruszamy dalej w stronę Santany. Wjeżdzając do Santany skręcamy w lewo koło stacji benzynowej i szukamy kierunkowskazu na Pico Ruivo, po chwili jedziemy drogą wiodącą na ten szczyt, na początku tej drogi są zabudowania, które wraz z tym im wyżej jesteśmy zanikają, ruch staje się mniejszy. Dojeżdzamy do punktu widokowego, do którego trzeba kawałek podejść kamiennymi schodkami. Widoki zapowiadają to co czeka nas wyżej, w dali widać Atlantyk i Santanę, niestety z południowego wschodu zbierają sie chmury przykrywając powoli widok, jako, że jesteśmy ponad poziomem chmur, widoki też mają swój urok. Jedziemy dalej do schroniska, po kilku minutach piłowania Getza na 2-gim biegu dojeżdzamy na plac parkingowy przed schroniskiem. Plac ten ma fantastyczny kolor - jak wiadomo Madera jest wyspą wulkaniczną i w tym miejscu ziemie ma mocno ceglany kolor.  Zakładam buty trekingowe, plecak na plecy i ruszamy, droga na Pico Ruivo od strony schroniska nie jest specjalnie trudna, idzie sie ścieżką wyłożona kawałkami bazaltu, zdarzaja się ostrzejsze podejścia, ale większość trasy jest łagodna. W miejscu gdzie trasa prowadzi po północnej zacienionej stronie widać gdzieniegdzie zmarzliny i lód, jako że w kilku miejscach na ścieżce jest woda trzeba uwazać, bo może byc ślisko - były miejsca gdzie woda była zamarznięta. Widoki z każdą chwilą coraz lepsze, znajdują się ciekaw miejsca na trasie jak fantazyjnie powyginane drzewa, czy swego rodzaju "brama" czy może lepiej pół bramy. Idąc widzimy już budynek schroniska znajdujacego sie poniżej Pico Ruivo, dochodzimy do skrzyżowania tras z trasa wiodąca na Pico  do Areeiro, po chwili jesteśmy przy schronisku i od razu mamy kota za towarzysza, jak się póżniej okazuje, kot ten towarzyszy każdej osobie, która wchodzi na plac przed schroniskiem licząc na jakiś poczęstunek. Po chwili odpoczynku ruszamy dalej w górę, od tego momentu trasa staje się o wiele trudniejsza, wspinamy sie kamiennymi schodami, przystając co jakis czas. Wreszcie wchodzimy na "dach" Madery, Sam szczyt to 3 platformy, na największej centralnej znajduja się dwa - hmmm - kamienne pomniki, tutaj ludzie często odpoczywają, leżąc lub siedząc. Widoki pierwszorzędne, po południowej stronie więcej chmur, natomiast północna jakby mniej zachmurzona. Idziemy na platforme po południowej stronie i obserwujemy Pico Areero, który raz po raz chowa się za chmurami, wracamy na platforme centralna i spotykamy tutaj parę w naszym wieku, która leciała razem z nami, z tym, że zatrzymali sie w hotelu w Santa Cruz. Wymieniamy się uwagami, swym doświadczeniem w zwiedzaniu Madery, o tym jak jest w hotelu, i tutaj nas zaskakują, u nich w hotelu nie podaja ryb, podczas gdy u nas mamy dwa rodzaje każdego dnia. Polecamy restaurację Cachalote w Porto Moniz, jako, że na następny dzień planują wycieczke w tamte rejony. I schodzimy na platforme północna, tutaj widoki sa bardziej wyraźne, widać więcej gór a chmury tworzą świetny dodatek. Pora schodzić do samochodu, okazuje się, że słońce świeci już z innej strony i nan nowo odkrywamy uroki trasy. Gdy przyjechaliśmy pod schronisko Achada, parking osnuty był chmurami, teraz jest dobrze widoczny już z daleka. Zejście zajęło nam ok 45 minut, ogólnie spędziliśmy tutaj ponad 3 godziny. Ponownie kierujemy sie w stronę Santany, tym razem chcemy zobaczyc trójkątne domy. Cóż można powiedzieć o Santanie nie zauroczyła nas a domy to dwa domki w centrum miasta i jeden koło jakiegoś hotelu, wprawdzie można zobaczyc co jest w środku, ale nie powala nas to na kolana. Wyjeżdzamy z Santany do kolejnego celu wycieczki  Ribeiro Frio miejsca gdzie hoduje się pstrągi. Droga pomiędzy Faial a Ribeiro Frio jest niezwykle urocza - przynajmniej dla nas, jedziemy kręta droga wspinając się cały czas w górę i podziwiając to co widac za oknem. Zatrzymujemy się co jakis czas i robimy fotostop. Ciekawostka, miejscowi kierowcy zatrzymują się tam gdzie im wygodnie i tak można zobaczyć samochód, który stoi sobie na zakręcie, nikogo to nie dziwi, ja tez po pewnym czasie, gdy chciałem cos zobaczyć, zrobić zdjęcie zatrzymywałem się na chwile tam gdzie było mi wygodnie i żaden kierowca nie reagował na to, że stoje w takim miejscu. Kierowcy na Maderze mają dużo cierpliwości, klakson służy tu głównie do ostrzegania sie na ostrych czy tez ciasnych zakrętach, żeby kierowca, który może jechac z naprzeciwka wiedział, ze coś jedzie. Głównie w ten sposób ostrzegaja kierowcy ciężarówek czy też autobusów. Wracając do wycieczki, dojeżdzamy do Riberio Frio, okolica bardzo cicha wręcz idyliczna, pełna zieleni, zatrzymujemy się przy pierwszym barze napotkanym przez nas, wysiadamy z samochodu i wg przewodnika mamy udać się z ten bar, tam maja prowadzić znaki do Balcoes, tak też jest idziemy w góre niby schodkami dochodzimy do "skrzyżowania" gdzie lewada prowadzi prosto lub w prawo, w prawo jest kierunkowskaż do Balcoes a prosto do Snack Baru, idziemy w prawo i po kilku minutach jesteśmy na Balcoes, na miejscu okazuje się, że chmury przysłaniają wszystko i niewiele widać, wracamy do skrzyżowania i kierujemy się w strone Snack Baru, zeby zapytac o pstrągi, my po angielsku, pani po portugalsku, ale dowiadujemy się, że mamy iść cały czas prosto, wędrujemy lewadą, widok tez niesamowity przez to, że znajdujemy się na poziomie chmur, co sprawia, że krajobraz staje się tajemniczy, lewada prowadzi przez mostek, po czym zawija o 180 stopni i po kilku minutach wychodzimy na asfaltową drogę, po której mamy iśc dalej prosto. Dochodzimy do Restauracji Ribeiro Frio i dalej drogą asfaltową w górę, dochodzimy do punktu kontrolnego Parque Natural do Ribeiro Frio, jest szlaban, budka ze strażnikiem, strażnik bez słowa podnosi szlaban, okazuje się, że jest po to żeby być, nikogo o nic nie pyta puszcza pieszych jak i samochody różnej maści z ciężarówkami włącznie. Po prawej stronie posterunku jest hodowla pstrąga. Wchodzimy na teren hodowli i tu też nikt nas nie niepokoi. Jest tu kilka zbiorników mniejszych i większych, chodzi sie wąskimi ścieżkami miedzy zbiornikami, u góry zbiorniki mają kształt prostokątny i układaja się w kaskadę, na samej górez sa malutkie pstrągi w dolnym prostokątnym zbiorniku takie ok 20 - 25 cm, z boku znajduja sie jeszcze owalne zbiorniki gdzie żyją dorosłe pstrągi. Całośc jest świetnie pomyślana pod względem technicznym, woda z rzeki doprowadzona jest czymś w rodzaju lewady i przelewa się kolejno przez każdy zbiornik, począwszy od prostokątnych na owalnych kończąc, wszystko to systemem miniaturowych lewad. Jeśli nie ma się czasu i nie chce chodzić lewadą od hodowli do Balcoes to lepiej podjechac samochodem od baru do restauracji Riberio Frio , sam spacer zajmuje trochę czasu. Opuszczając hodowle pstrąga idziemy do restauracji na kawę i mały odpoczynek, pijąc kawę wpadamy na pomysł, zeby jechać na Pico Areeiro - którego odwiedzenie dzisiaj nie mieliśmy w planie, zobaczyć zachód słońca, który ponoć wygląda z tego szczytu powalająco. Wracamy lewadą do samochodu i w drogę dojeżdzamy do punktu o nazwie Poiso i skręcamy w prawo zgodnie z kierunkowskazem na Pico Areeiro, drogą ta jak się okazuje mozna swobodnie jechać na 3 a nawet 4 biegu pod górę, widac, że juz sie sciemnia, ale mamy nadzieję, ze zobaczymy jeszcze zachód, szybko odzieramy się z tych złudzeń, jako, ze w dół zjeżdza cała gromada samochodów, pomimo tego jedziemy w górę. Docieramy na parking, który mieści się na samym szczycie Areeiro- no trzeba podejśc na platforme kilka schodków, ale i tak zdobyć szczyt o wysokości 1818 metrów podjeżdzając pod sam wierzchołek samochodem, to jest rzadkość. Niestety slońce już zaszło, robimy mimo to kilka fotek. Wogóle Areeiro jest ciekawym szczytem na Maderze, od innych mozna go odróżnić masztem telekomunikacyjnym oraz dwoma żurawiami wieżowymi (dzwigami), na jego szczycie prowadzona jest budowa w zasadzie nie wiem czego, ale sądząc po tym co teraz stoi bedzie to spory budynek jak na takie miejsce, jedynie mam nadzieję, że nie zaburzy scenerii.
Cóż zjeżdzamy w dół, troszkę niepocieszeni, ale planujemy, że jeszcze przyjedziemy tutaj na zachód słonca ostatniego wieczora, mijamy ponownie punkt kontrolny parku i kierujemy sie w dół okazuje się, że zjezdzając z Areeiro jechaliśmy drogą na Funchal i byliśmy w okolicy Monte, zamiast jechać do Funchal skręciliśmy na Camache na droge bardziej kręta i mroczną - ze względu na to, ze jest już komplentnie ciemno, a napewno dłuższą niz przez Funchal, wyjeżdzamy na Rapidę w okolicach Garaju, jedziemy jeszcze po drodze do supermarketu w Canico po wodę, wino i słodycze, po zakupach udajemy się na parking hotelowy, w pokoju zostawiamy zakupy i idziemy na kolację, umieramy z głodu już od momentu opuszczenia Ribeiro Frio, tam nie jedliśmy nic celowo, bo nam się to nie opłacało wiedząc, że w hotelu jest obiadokolacja. Wieczór minął jak zwykle, po obfitej obiadokolacji, balkon, wino i obserwowanie oceanu w pełni księżyca. Na jutro planujemy odwiedzić miasta na południowym zachodzie i zachodzie, m.in Calhete, gdzie jest jedyna piaszczysta plaża na Maderze, Ponta do Pargo, najbardziej na zachód wysuniętą część Madery.

Dzień 4

www.madera.org.pl/dzien_4.html

Jak każdego ranka po przebudzeniu się swe kroki kieruję na balkon, pogoda taka jak zwykle, czyli niezmącone słońce, a temperatura oscyluje w okolicach 20 stopni, jedynie widok z balkonu troszkę inny niz zwykle, ok 200 metrów od nabrzeża przepływa prom z Funchal na wyspę Porto Santo, która znajduje się na północny wschód od Madery, znana jest z kilkumetrowych piaszczystych plaż (rejs kosztuje ok 20 euro do kupienia w biurach podróży w Funchal). Korzystając z tego, ża autobus odjeżdza o 10, idziemy skorzystać z oferty rekraacyjnej hotelu, o godz. 8 jesteśmy sami, są tylko dwie osoby, które sprzątają, tak więc basen, jacuzzi, salę fitness z siłownią i dwie sauny mamy dla siebie. Spędzamy tutaj godzinę i idziemy na śniadanie, które każdego dnia jest bardzo podobne różnicą jest to, że zamiast parówek są kiełbaski smażone, czy zamiast ogórka pomidor, różnice niewielkie w przeciwieństwie do obiadokolacji, która każdego dnia jest inna i zawsze znajdujemy dwa rodzaje miejscowych rybnych przysmaków, wiemy od osób, które przyjechały na dwa tygodnie, że do tej pory posiłki sie nie powtarzały.
Po śniadaniu udajemy się na parking przed hotelem Rocamar, mini autokar już czeka z kierowcą, który po sprawdzeniu ilości osób w środku i ilości osób, które zadeklarowały się do wyjazdu rusza. Jest to nasza druga przejażdzka autobusem po Maderze i ponownie zaskakuje nas sprawność z jaką kierowcy autobusów poruszają się po wąskich jak na autobusy ulicach. Po ok 40 minutach podjeżdzamy na jeden z przystanków przy Avenida das Comunidaes Madeirenses, arterii przebiegającej wzdłuż nabrzeża. Dowiadujemy się, że z tego miejsca autobus wraca do hotelu, mamy więc czas do ok 15.50, ponieważ zapisaliśmy się na powrót o 16. Bardzo szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że do Funchal lepiej nie wjeżdzać samochodem, bardzo ciężko znaleźć tu miejsce do parkowania, a także jak w każdym mieście do którego przybyło sie samochodem po raz pierwszy można się zgubic, poruszanie sie na pieszo jest o wiele prostsze. Kolejna rzecz na która zwróciliśmy uwagę, to fakt, że większośc miejscowości na Maderze jest mniejsza w rzeczywistości niż wskazywałby na to ich obrys na mapie, z Funchal jest odwrotnie, jest większe a i ruch przypomina ten jaki znamy z miast w Polsce ( w mieście tym mieszka ok 1/3 ludności Madery).
Jako, że głównie przyjechaliśmy na targ od razu ruszamy w jego strone Zone Velha (Starego Miasta) jest to o tyle łatwe, ze przejeżdzaliśmy autobusem w pobliżu targu. Okazuje się, że piesi przechodza na czerwonym świetle gdy tylko nie jedzie samochód, szybko się do tego przyzwyczajamy, starając "wtopić" się w rdzennych mieszkańców tego miasta :) Po kilku minutach spaceru stoimy przed budynkiem Mercado dos Lavradores, przed budnkiem spory ruch, kwiaciarki w tradycyjnych strojach układają wiązanki kwiatów, wchodzimy do środka,  okazuje się, że turyści to zdecydowana większość osób w tym budynku, przemykamy przez stoiska z kwiatami, owocami i warzywami, kierując się w strone części rybnej, w pewnym momencie idziemy już za zapachem ryb, który dla nas jest specyficzny, gdyż w niczym nie przypomina zapachu jaki znamy z naszych sklepów czy stoisk rybnych. W końcu trafiamy na salę z rybami, najpierw patrzymy na to z góry, gdyż jest ona umiejscowiona poniżej sali z której weszliśmy. Od razu wchodzimy na stoisko gdzie sprzedawca kroi swego rodzaju maczetą  tuńczyka na kawałki, a że tuńczyk jest spory mniej więcej wielkości korpusu dorosłego mężczyzny to jest na co popatrzeć. Pózniej idziemy zobaczyć czarną espadę, której jest tutaj mnóstwo, parę innych ryb, których w Polsce nie widzieliśmy i ich nazw nie znamy, oczywiście wszystko dokumentujemy zdjęciami. Wypatrujemy sympatycznego sprzedawcę i pytamy czy możemy zrobić sobie z nim zdjęcie i oczywiście tuńczykiem, który tak jak poprzedni jest sporych rozmiarów, pan bez problemów sie zgadza wręczając maczetę w dłoń i cyk-pyk mamy zdjęcie. Wychodzimy z tej sali, idziemy na pierwsze pietro gdzie są owoce, z wejścia zgarnia nas pani, która handluje owocami i cierpliwie częstuje nas niemal każdym z owoców jakie ma w ofercie, pomimo tego, że zaznaczamy, że chcemy tylko poogladać, po degustacji idziemy dalej i okazuje się, że na każde zadane przez nas pytanie sprzedawcy co to za owoc, otrzymujemy odpowiedz i kawałek na spróbowanie. Po tych przygodach rybno - owocowych wychodzimy z Mercado i decydujemy, że czas zobaczyć miejsce o wdzięcznej nazwie Adegas de Sao Francisco - czyli winiarnie firmy Blandy's. Jako, że droga do tego miejsca przebiega obok katedry, zatrzymujemy sie przy katedrze robiąc zdjęcia na zewnątrz - w środku się nie dało jako, że odbywała się msza.  Po drodze wchodzimy w każdy zakamarek jaki nam wpada w oko i w taki oto sposób trafiamy do winiarni. Na miejscu okazuje się, że jest część ogólnodostępna jak i część, którą można zwiedzać z przewodnikiem, jako, że najbliższa pora zwiedzania z przewodnikiem anglojęzycznym to 14.30, postanawiamy ten czas oczekiwania spędzić na górze Monte. Ponownie kierujemy się w stronę Mercado jako że kolejka (Teleferico) na Monte jest za targiem, tutaj kolejne zdziwienie, my i maderczycy inaczej odbieramy słowo "daleko" dla maderczyków daleko to jest już 5 minut drogi spacerem. Szybko znajdujemy się przy budynku kolejki, kupujemy bilet w dwie strony (15E od osoby, przejazd w jedna strone kosztuje 10E, kasy sa też w Monte) i ustawiamy się w dosyć długi ogonek osób oczekujących na wjazd, po 15 minutach wsiadamy do wagoniku razem z 4 innymi osobami (wagoniki są 8 osobowe, ale wtedy jest juz ciasnawo) pani z obsługi kolejki pstryka nam fotkę i jedziemy w górę, podróż trwa ok 15 - 20 minut. Z kolejki widać, jak zróżnicowane jest Funchal, są budynki piękne i zadbane a są tez i mocno zapuszczone z pozapadanymi dachami, bez okien, każda wolna przestrzeń jest zagospodarowana do maksimum.
Na górze czyli Monte idziemy najpierw zobaczyć bezpłatnie ogród hotelu Quinta, który specjalnie nas nie zachwyca - pewnie przez to, że jest grudzień a nie kwiecień czy maj, ogrody płatne sobie opuszczamy gdyż cała Madera to jeden wielki ogród, idziemy dalej w stronę kościoła. Przystajemy przy schodach prowadzących do kościoła gdyz z tego miejsca dobrze widać początek trasy saneczkowej. Akurat trafiliśmy na moment gdy podjechał samochód wyładowany saneczkami (Iveco Daily), wszyscy panowie w białych ubraniach mocno sie ożywili, ci którzy ściągneli wiklinowe sanie z drewnianymi płozami ustawiali się na początku trasy, a ich "capo" jedyny z towarzystwa ubrany na czarno w tym momencie sprzedawał bilety (25E za dwie osoby|), po czym turyści zajmowali miejsce w saniach, po czym następował krótki rozpęd, panowie początkowo ciągna sanie przez parę metrów, a póżniej jadą z tyłu popychając je od czasu do czasu. Sanie nie rozwijają zawrotnej prędkości, ale jedzie się nimi bokiem pomiędzy samochodami co z pewnością wzmaga wrażenia. Momentalnie na ulicach wkoło startu trasy saneczkowej i na samej trasie robi się tłok samochodowo - saneczkowo - osobowy. Jako, że mamy mało czasu nie korzystamy ze zjazdu i idziemy w góre do kościoła. Na zewnętrznych ścianach kościoła są ciekawe sceny z Jezusem, które są namalowane na płytkach ceramicznych jakie są w wielu domach w kuchni czy łazience, podobne malowidła na płytkach są w wielu miejscach Madery, niedaleko naszego hotelu jest dom, którego płot jest ozdobiony bardzo kolorowym malowidłami na płytkach, które przedstawiaja bliżej nie zidentyfikowane miasteczko.
Sam kościól to miejsce w którym został pochowanyt ostatni władca Austro - Węgier Karol I Habsburg. Jego czarny grobowiec znajduje się po lewej stronie kościoła. Jako, że mamy niewiele czasu udajemy się do kolejki, zjeżdzamy sami, najprawdopodobniej niewiele osób korzysta z tej formy powrotu do Funchal. Prosto ze stacjo kolejki udajemy się prosto do winiarni, kupujemy bilety (5E od osoby), okazuje się, że na koniec zwiedzania będzie degustacja, jest to nam bardzo na ręke, ponieważ chcemy kupić do Polski jakieś wina z Madery. Rozpoczyna się oprowadzanie, naszym przewodnikiem jest sympatyczna dziewczyna, która płynnie mówi po angielsku i bez problemu odpowiada na pytania zadawane przez grupe. Przechodzimy przez kolejne sale począwszy od sali gdzie słyszymy o procesie wytwarzania beczek do wytwarzania wina, poprzez gatunki wina, winogron, oglądamy leżakujące wino w mniejszych i większych beczkach, największe są wysokości ok 2,5 metra,  dowiadujemy sie o tym jak produkuje się wino, oglądamy pokaz zdjęć z produkcji, niestety okazuje się, że są to wina wzmacniane spirytusem, następnie trafiamy do sali która przypomina salę muzeum są tu zbiory ksiąg rachunkowych firmy Blandy's począwszy od roku 1780 bodajże, maszyny do pisania, sprzęt do produkcji, z tej sali schodzimy na dół i wchodzimy do pomieszczenia w którym można za opłatą degustować produkty firmy, każda osoba, która zwiedzała winiarnie otrzymuje dwa kieliszki (nie lampki) jeden kieliszek z zawartością Bual drugi z Malvazią, nie przypada nam ten trunek do gustu. Opuszczamy winiarnię rodziny Blandy's idziemy w strone katedry z zamiarem sfotografowania wnętrza, po drodze trafiamy do parku, w którym robimy sobie chwile wytchnienia i kierujemy się w strone katedry, niestety i tym azem nie udaje się zrobić zdjęć w środku. Głód już dokucza więc trzeba by coś zjeść, trafiamy na budkę gdzie sprzedają coś co wygląda jak długa bułka z parówką czy bekonem zapiekanym w środku. Bułke tą robią od poczatku do końca na miejscu, widzę, że jest to zwykłe ciasto z mąki, wody i soli. Taka bułko kanapka (niestety nie pamiętam portugalskiej nazwy) kosztuje od 1,5 do 2E, zasyciliśmy głód i udajemy się w stronę miejsca gdzie wysiedliśmy z autobusu, robimy parę zdjęć statkom, które stoją w porcie, jako, że jest już 15:45 autobus już stoi z pasażerami w środku, czekamy do 16 pomimo tego, że wszyscy już sa, ale może ktos zechce wracać wcześniej (autobus hotelowy jeżdzi 3 razy dziennie). Po ok 40 minutach jesteśmy w hotelu, po drodze już zaplanowaliśmy, że przesiądziemy się do samochodu i pojedziemy do Garaju miejscowości oddalonej od Canico o ok 3 km, gdzie znajduje się figura Chrystusa Cristo Rei, łudząco podobna lecz mniejsza do tej jaką znamy z Rio de Janeiro. Tak tez robimy, na miejscu okazuje się, że to miejsce gdzie zjeżdzają sie zakochani z okolicy także z Funchal, jak zwykle seria zdjęć, widać stąd panoramę Funchal, schodzimy poniżej figury i ponownie seria zdjęć, wracamy powoli do samochodu, wszystko byłoby ok, tylko, że teraz trzeba podejść schodami w górę, niby się do tego przyzwyczailiśmy, że tutaj chodzi sie pod górę albo z góry, ale mimo wszystko lepiej się schodzi :)
 Jako, że jeszcze jest widno idziemy za ciosem i udajemy się do Camara de Lobos, miejscowości rybackiej na zachód od Funchal, miejscowośc ta słynie głównie z tego, że z tarasu tutejszej restauracji Winston Churchill malował port rybacki, dzisiaj ta restauracja nosi nazwę Churchill's i jest doskonale widoczna z portu.
Jako, że Camara de Lobos jest przy via Rapidzie tak też bardzo szybko dojeżdzamy na miejsce i zatrzymujemy się na parkingu przy samym porcie - jak do tej pory to pierwszy parking gdzie płacimy za postój samochodu, godzina kosztowała nas 0,8E. Sama miejscowość nie zachwyca, ale dla mnie ma niesamowity klimat ze względu na rybaków, w porcie między sobą grają w karty na pieniądze, część z nich chodzi w bandanach, są wytatuowani przez co wyglądają na piratów. Tworzą zamkniętą grupę co jeszcze bardziej wzmaga tajemniczy nastrój. Kierujemy się w stronę sławnej restauracji i zamawiamy kawę - ta w hotelu podawana do śniadania jak już wspominałem kawy nie przypomina. Pijemy kawę obserwując zachód słońca i rybaków w dole, patrząc na nich z góry nadal nie mogę odpędzić od siebie wrażenia mroczności tego miejsca i bardzo mi się to podoba. Wypiliśmy kawę i wychodzimy od "frontu" kierujemy się w górę obchodząc port i trafiamy na świąteczny akcent - szopka, prezenty, palmy obwieszone światełkami, sztuczny śnieg. Generalnie na każdym kroku spotykamy podobne akcenty, szopki, św Mikołaje, obwieszone lampkami drzewa, kapitalnie wyglądają palmy ze swiatełkami, mamy wrażenie, że tak ozdobionych miast i miasteczek w Polsce nie idzieliśmy, mistrzostwem świata jest Funchal.
Docieramy na parking i udajemy się w droge do hotelu, znowu wpadamy na szatański pomysł i chcemy zobaczyć Cabo Girao jeden z najwyższych klifów, który znajduje się obok Camara de Lobos. Droga jak zwykle pod górę, przed nami autobus, który zatrzymuje się dosłownie co kilkaset metrów wysadzając pasażerów gdzie chcą, jazda w skrócie wyglądała tak: jedynka rozpędzenie się do 30 km/h dwójka i hamowanie, zaciągnięcie ręcznego i ruszami i znowy, jedynka, dwójka i stop, nie przekroczyliśmy 30km/h, po kilku kilometrach gdy zrobiło się ciemno postanawiamy zawrócić i zostawić ten kilf na póżniej. Co do jazdy samochodem, tutaj jazda ogranicza się w zasadzie do korzystania z trzech biegów i hamulca ręcznego, czwarty bieg używany był rzadko a piąty bardzo rzadko, 5-tki poza via Rapidą nie używałem nigdy. Wbrew pozorom jeżdzi się bardzo dobrze, warto wypożyczyć samochód choćby na jeden dzień, żeby przekonać się jak idzie nam jazda po maderskich drogach.
Wieczór minął standardowo, obiado kolacja, wino i delektowanie się winem na balkonie.
Na jutro zaplanowaliśmy wycieczkę na Pico Ruivo - najwyższy szczyt Madery, oby tylko pogoda dopisała, dzisiaj słyszeliśmy, od osób, które były na tym szczycie, że z pogodą było różnie.

Dzień 3

www.madera.org.pl/dzien_3.html

Po pobudce wyszedłem na balkon i okazało sie, że w zasięgu mojego wzroku nie ma chmur, także juz było niemal pewne, ze jedziemy trasą zaplanowana wczorajszego wieczora. Trzeba sie tylko posilić i ruszyć w drogę.
Startujemy z pod hotelu i po kilku chwialch jedziemy via Rapidą w kierunku Funchal, ruch odbywa sie płynnie, ale jednak pod górke i rozwinięcie prędkości 90 km/h jest poza zasięgiem Getza, póżniej jest lepiej i bez problemu jedziemy 100km/h, zjeżdzamy na stację benzynowa poniewaz odebraliśmy samochód z 1/4 zbiornika, benzyna kosztuje 1,203E, póżniej zauwazamy, że paliwo na każdej stacji w kazdym zakątku wyspy kosztuje tyle samo, warte zauwazenia jest to, że w zachodniej części wyspy jest problem ze znalezieniem stacji, omijamy Funchal robiąc parę fotek z samochodu, kierujemy się w kierunku Riberia Brava w tym miejscu kończy się via Rapida i skręcamy na Sao Vicente, drogamija szybko, ze względu na widoki jakich nie uświadczymy w Polsce, w przewodniku znajdujemy informacje o grotach/jaskiniach w Sao Vicente, postanawiamy zorientowac się w cenach i ewentualnie je odwiedzic. Droga jest dobrze oznaczona i szybko znajdujemy sie na parkingu, droga z parkingu do skał prowadzi tunelem pod trasą Ribera Brava - Sao Vicente, bilet kosztuje 8 E, sympatyczna pani płynnym angielskim kieruje nas do wejścia informując, ze w srodku czeka grupa z przewodnikiem, wchodzimy do srodka i idziemy przez kilka minut robiąc zdjęcia i ogladając jaskinie, po czy trafiamy na grupę i przewodniczkę. Przewodniczka posługuje sie podobnie jak kolezanka na zewnatrz płynnie angielskim, opowiadając o skałach, budowie geologicznej, ale niestety bardzo szybko nas oprowadza i po 20 minutach od wejścia wycieczka w jaskiniach jest skończona, zostajemy poinformowani, że poza jaskiniami w miejscu tym znajduje sie tez centrum wulkanologiczne i idziemy własnie tam obejrzeć wystawę oraz dwa filmy. Wystawa obejmuje zdjęćia wulkanów, pare "skał" zastygnietych lawin i trafiamy na salę gdzie ogladamy film o tym jak powstała Madera, następnie widzimy symulację wybuchu wulkanu. Następnie trafiamy do sporej klatki, która udaje windę i "zjeżdzamy" do wnetrza ziemii (bardzo prosty i ciekawy pomysł)  po wyjsciu z "windy" widzimy instalację udająca lawę - na zdjęciach wygląda na prawdziwa lawę gorzej w rzeczywistości, idziemy dalej i kolejna instalacja przedstawiająca hmmm chyba przekrój ziemii, nie wiem co to było, bardziej niż opowiadanie pani przewodnik zainteresowała mnie budowa tego czegoś, bo składała się z luster, które były ułożone w taki sposób, że ziemia wygladała jak kula zawieszona nie wiadomo jak, tutaj dostajemy okulary 3D i wchodzimy na mini sale kinowa, oglądamy film o ziemi, wulkanach, przeplatany zdjęciami z Madery wszystko w 3D, na tym kończy sie pokaz, spedziliśmy w tym miejscu ok 1,5 godz. Wracamy na parking i udajemy się do centrum Sao Vicente. Na mapie wyglada jak miasteczko, w rzeczywistości jest to wioska, ale pełna uroku, po 15 minutach obeszliśmy centrum, kosciół i sklep, w którym zakupiliśmy wino polecane przez miejscowego sprzedawcę za całe 8 E, wina maderskie kosztują od 10 E w góre w zalezności od rocznika. W między czasie przyjechały dwa autokary z wycieczka niemiecką, mieliśmy wrazenie, ze w tym momencie w sao Vicente było więcej niemców niz mieszkańców. Wracamy do samochodu i udajemy sie na północ ku skrzyżowaniu dróg łączących Ponta Delgada z Porto Moniz, przy samym skrzyżowaniu obimy parę fotek i jedziemy dalej. Chcielismy jechać Północną Drogą Nadbrzeżną - w zasadzie był to jedna z główniejszych atrakcji dla mnie, ale szybko okazuje się, ze droga jest częściowo zamknięta ze względu na kamienie spadające na tę drogę. Tak jedziemy szybsza trasą, która wiedzie przez tunele, przed każdym z tuneli jest znak Antiga 101, który oznacza starą droge nadbrzeżną i tak przed każdym tunelem wypatruję czy 101 jest otwarta czy nie. I tak jadąc częściowo nową i stara trasą - stara jest o wiele bardziej widowiskowa, w chwili obecnej jednokierunkowa od Sao Vicente w strone Porto Moniz, zastanawiałem sie jak wygladał na niej ruch gdy prowadziła w obu kierunkach - trafiamy do miejscowości Seixal, tutaj omijamy centrum i jedziemy w stronę portu i plaży, które to widzielismy z drogi. Okazuje się, że jestesmy jedynymi turystami, poza nami na nabrzeżu samiejscowi, którzy po prawej stronie łowią wędką ryby, po lewej jest bardzo ciekawy widok z falami obijajacymi się o brzeg, tutaj także robimy pare zdjęć, poza tym po lewej stronie znajduje się bodajże naturalny basen, są drabinki, drewniana trampolina tzn deska przykrecona do nabrzeża i plastikowa tratwa na linie. Zwracam uwage na dzwig, który umacnia falochron, postanawiam wejśc na ten falochron i zrobic kilka zdjęć, jako, ze falochron jest płaski i swobodnie nadaje sie do chodzenia, zapuszczam się na sam jego koniec, który jest mokry, obserwując to miejsce widziałem, ze od dobrych kilku minut fala nie przelała sie w tym miejscu także czuje się pewnie, pstrykam fotkę patrze na ocean i w tym momencie Kasia krzyczy, żebym uciekał a przed oczami widze spora falę idąca prosto na mnie, szybki zwrot i ucieczka, pare sekund po tym jak się ewakuowałem z tego miejsca fala o wysokości ok 2 metrów doszczętnie zalała miejsce w którym przed kilkoma sekundami stałem, schodzimy z falochronu i powoli kierujemy sie w strone samochodu. Ruszamy dalej do Porto Moniz, podobnie jak wczęśniej tam gdzie sie da zjeżdzamy na starą drogę,  robimy zdjęcia dojezdzamy do ciekawego tunelu, zamiast asfaltu ulica wyłożona jest z kocich łbów, za tym tunelem jest miejsce gdzie fale oceanu wdzieraja sie na droge, przekonujemy sie o tym na własnej skórze gdy fala omywa nasz samochód - dobrze, ze okna były zamknięte :) po tych przygodach dojeżdzamy do Porto Moniz. na pierwszym rondzie skręcamy w prawo i po 100 metrach parkujemy samochód, schodzimy niżej i naszym oczom ukazuje się budynek akwarium - dosyć orginalny, nie wchodzimy do srodka tylko robimy zdjęcia oceanu, basenów i restauracji Cachalote.Decydujemy pod wpływem głodu i opinii w przewodniku, ze trzeba by odwiedzić ta restaurację, wchodzimy do środka. Część ścian restauracji to skały, po chwili przychodzi kelnerka z menu, podejmujemy decyzję, ze jemy espade - rybę, która, jak sie póżniej okaze widac niemalże w każdym sklepie i serwuje się w kazdej restauracji i sardynki, bez żadnych przystawek itp. Po chwili dostajemy pół bochenka chleba i spore naczynko z oliwkami czarnymi i zielonymi. Po kilkunastu minutach dostajemy dania, które zamówiliśmy, podawane sa w ciekawy sposób. Otóż mamy przed soba puste talerze na które kelnerka nakłada danie, i tak oto na naszych talerzach ląduje risotto z owocami morza, ziemniaki, pataty, pomidory, sałata i ryby - na Kasi talerzu lauje spory kawałek espady na moim 2 sardynki o długosci ok 25 cm każda, poza tym obok na tacy czekaja 3 kolejne. To wszystko plus napoje kosztowało nas 22 E. Po posiłku udajemy sie na dalsze zwiedzanie miasta, które też nie przytłacza swoja wielkością, podobnie jak Sao Vicente na mapie wygląda na większe, idziemy brzegiem robiąc zdjęcia wchodzimy do sklepów z pamiątkami, ale nic nie kupujemy, Kasia zwraca uwage na ponczo, ale okazuje się, ze nie ma jej rozmiaru, wracamy do samochodu i kierujemy sie w górę w strone miejscowości Achadas da Cruz, kilka kilometrów przed ta miejscowoscią skręcamy w lewo zgodnie z kierunkowskazem na Paul da Serra. Niebo z błękitnego powoli zaciąga się chmurami, po kilku kilometrach dojezdzamy do miejsca w którym chmury znajdują się na tej samej wysokości co my, wysiadamy z samochodu, robimy zdjęcia, poza nami w tym miejscu zatrzymuja się dwa inne samochody, po raz pierwszy na Maderze czuje jak chmury mnie opływaja, temperatura mocno spada, w Porto Moniz było 22 stopnie tutaj jest ok 5, jedziemy dalej cały czas delektując sie widokiem szczytów osnutych chmurami, dojezdzamy w poblize miejscowości Rabacal, które słynie z lewad, robię pare fotek w tym zbiornika do którego spływa woda jednej z lewad i kapliczkę, zastanawiamy sie jak ludzie chodza po lewadach w takich warunkach gdy widoczność jest znikoma ale ruszamy dalej w strone Paul da Serra, chmury staja sie coraz cięższe, teren płaski, droga staje się prosta bez zakretów, co jest rzadkościa na Maderze, po kilku kilometrach chmury juz tak nie przeszkadzaja i mozemy delektowac się widokami, mijamy farmę wiatrowa i zatrzymujemy sie na chwilkę, wysiadając z samochodu uwage przykuwa dzwięk pracujących wiatraków, przeszywajacy dzwięk wzmacniany prze krajobraz. Dalsza droga do Encumeady upływa na robieniu zdjęć, przed Encumeadą jest kilka tuneli, które sa nieobrobione wewnątrz - podobnie jak ten za Seixal - te tunele z kolei przeciekają tzn z "sufitu" tych tuneli na ulicę kapie z różna siła woda, po umyciu samochodu zjezdzamy drogą w stronę Riberia Brava, jako, że jest jeszcze w miare widno postanawiamy zobaczyc co oferuje ta miejscowość. Wjeżdzamy do centum parkujemy samochód i idziemy w strone portu. Jak zwykle seria zdjęć ulic, i kościoła, który jest ciekawie umiejscowiony, przy plaży pijemy kawe - ta w hotelu, która dostajemy przy sniadaniu tylko wyglądem przypomina kawę.Nic nie smakuje tak jak kawa pita w takiej scenerii.  Jako, ze juz zrobiło sie ciemno wracamy do samochodu po drodze robimy kilka zdjęć i ruszamy w strone Canico de Baxio. Ciekawe tutaj jest to, ze ruch na drogach rośnie własnie ok godz 18, o tej porze dzieci kończą szkołę a rodzice masowo je odbierają, zwłaszcza w okolicy Funchal robi sie tłok na via Rapida. Zjezdzamy jeszcze do supermarketu w Canico robiąc zapas wina (od 1,2 E za butelke wzwyż) na wieczór i miejscowego piwa Coral (butelka kosztuje 0,54 centa) bardziej opłaca się kupowac większą ilość a sa zgrzewki po 6 i 24 butelek !. Tak zaopatrzeni jedziemy w dół do hotelu na kolacje. Po kolacji delektujemy się na tarasie winem i Coral-em. Pozostaje juz tylko zejśc do recepcji, zarezerwować miejsce w bezpłatnym autobusie hotelowym jadącym do Funchal. Własnie na piątek rezerwujemy Funchal, poniewaz słyszeliśmy, ze tylko tego dnia odbywa sie targ rybny - to tez nie zweryfikowana informacja. Nowościa tego wieczora jest rezygnacja z uzywania klimatyzacji na rzecz otwartych drzwi balkonowych przez całą noc. Tak więc jutro ruszamy na podbój stolicy Madery  i rodzinnego miasta Christiano Ronaldo - Funchal. Autobus odjeżdza o 10, także poleniuchujemy godzine dłużej niz zwykle.

Dzień 2

www.madera.org.pl/dzien_2.html

Tego ranka obudziło nas słońce, które świeciło wprost na nasze łóżko, po porannej toalecie szybko udaliśmy się na śniadanie tutaj królują jajka smażone coś na sposób naszych sadzonych, sery żółte, wędliny, warzywa i oczywiście owoce, po śniadaniu kroki skierowaliśmy do recepcji z zapytaniem czy hotel współpracuje z wypożyczalnią samochodów, okazało się, że współpracują z wypożyczalnią Wind z Funchal, po godzinie do hotelu przyjechał przedstawiciel wypożyczalni z samochodem Hyundai Getz, za 7 dni zapłaciliśmy 168 E, samochód wyposażony był w klimatyzacje, co początkowo wydawało się zbędne, ale póżniej okazało się, że na większych wysokościach zdarza się, że szyby mocno parują a klimatyzacja świetnie sobie z tym parowaniem radzi. Wycieczka na ten dzień była z góry zaplanowana, oglądając zdjęcia jeszcze przed wyjazdem urzekły nas widoki z Ponta de Sao Lourenco, tam skierowaliśmy swą uwagę i ruszyliśmy w tym kierunku z zamiarem zdobycia szczytów tego urokliwego miejsca.
Na początku trzeba było się przyzwyczaić do tego, że sprzęgło w Getz'ie było zużyte bardziej niż w samochodzie, którym poruszamy się po Polsce, słyszeliśmy, że po Maderze jeżdzi się fatalnie, że drogi są wąskie a dodatkowo trzeba umieć ruszać ze stromych górskich ulic i dróg z ręcznego, w moim przypadku okazało się to nieprawdą, drogi są na tyle szerokie, że samochody osobowe swobodnie się mieszczą a nawet i dwa autobusy, jedyna droga, która była wąska to ta prowadząca do Eira do Serrado czyli punktu widokowego na Curral das Freiras ale o tym póżniej, ruszanie z ręcznego też nie nastręczało mi kłopotów.
Zaopatrzeni w przewodnik Madery z wydawnictwa Pascal zakupiony w Polsce i mapę 1:75 000 zakupioną za 4,5 E w sklepie z pamiątkami w Canico de Baxio ruszyliśmy w swoja pierwszą przejażdzkę bez problemu wyjeżdzając na via Rapidę, która ma dwa pasy ruchu w każdym kierunku, po 15 minutach przejechaliśmy pod pasem startowym lotniska w Santa Cruz - przyznać trzeba, że widok 180 kolumn po 3 metry średnicy każda robi wrażenie, wyjeżdzając z pod pasa startowego jedzie się równolegle do tego pasa w odległości kilkudziecięciu metrów, tak, że doskonale widać kołujący samolot czy też na rozbiegu do startu. Minęliśmy Machico, następnie Canical i ok 5 km za Canical wjechaliśmy na rondo, na którym skręciliśmy w prawo (skręt w lewo prowadzi do Miradouro (punkt widokowy) i po ok 1 km dojechaliśmy na parking, tutaj ubraliśmy buty trekingowe do plecaka spakowaliśmy wodę, batony kupione w Polsce i ruszyliśmy na szlak. Szlak jest mocno zróznicowany, początkowo idzie się w dół, po czym trzeba się wspiąć, następnie idzie się kawałek w miarę płaskim odcinkiem i tak wygląda niemal cały szlak. Widoki ze szlaku zapadają w pamięci na długo, dla nas osobiście jest to jeden z najważniejszych punktów do odwiedzenia na Maderze, a przewodnik ledwo co o tym miejscu wspomina. Idąć tym szlakiem miałem przed oczami scenerie jaką znam z filmu Piraci z Karaibów (ta wersja z Johny Deepem i Orlando Bloomem). Najgorszy odcinek to ostatnie 100 - 200 metrów ze względu na bardzo strome i niewygodne podejście, ale myślę, że każdy da sobie z nim radę chociażby przez częstsze odpoczywanie, widoki niezapomniane. Zejście przebiegło znacznie sprawniej, nam przejście w obie strony zajęło ok 4 godziny ze względu na zdjęcia, które robliliśmy po drodze, ponoć da się go przejść w ok dwie godziny w obie strony nie robiąc zdjęć - ale to nie jest potwierdzona informacja i nie ręcze za nią :) I tutaj trzeba zauważyć ważną rzecz sporo Polaków na Maderę wybiera się bez butów trekingowych a to jest spory błąd, chyba, że ktoś chce poruszać się tylko ulicami asfaltowymi czy chodnikam, widzieliśmy osoby, które niby łatwą trase na Sao Lourenco próbowali przejśc w zwykłych butach i widzieliśmy jak zawracali, podobnie na lewadach bywa wąsko ślisko i idzie się czasem po kamieniach mniejszych lub większych, zresztą krążył dowcip, że polaka na Maderze można poznać po tym, że trasy po których wszyscy chodzą w obuwiu trekingowym Polacy pokonuja w sandałach czy też butach sportowych.
Z parkingu udajemy się jeszcze na wcześniej wspomniany punkt widokowy i zastajemy tam grupę niemieckich turystów i nie zaciekawy widok na Sao Lourenco, udajemy się w droge powrotną omijamy Canical, które przewodnik poleca ze względu na muzeum wielorybów, ale wiemy, że jest nieczynne, generalnie Canical słynie jako miejsce które jako jedne z ostatnich zaprzestano połowu wielorybów, można wybrać się na rejs podczas którego można zobaczyć delfiny w naturalnym srodowisku a także przy odrobinie szczęścia wieloryby i żłówie, ale niestety nie w grudniu w ten sposób trafiamy do Machico gdzie po raz pierwszy kapitan Zarco wbił portugalską flagę na Maderskiej ziemi. Miasteczko bardzo urokliwe z brukowanymi ulicami i kościołami, kręcimy się chwilę po trójkątnym placu, robimy kilka zdjęć i idziemy zobaczyć sklepy następnie zółtą fortecę i port, w oczy rzucaja się taksówki same mercedesy, bardzo zadbane, niestety robi się powoli ciemno - widno robi się ok 6:30. 7:00 a ciemno ok 17:30 - 18 i udajemy sie do hotelu. Szybka kolacją, po kolacji planujemy wycieczkę na następny dzień w stronę Sao Vicente, Porto Moniz i Paul da Serra, wszystko zależy od pogody i tego która część Madery będzię skąpana w słońcu, tymczasem idziemy spać ...

Dzień 1


www.madera.org.pl/dzien_1.html

Po dwutygodniowym oczekiwaniu na przygodę naszego życia nadszedł ten dzień. Godzina 6:50 – meldujemy się na lotnisku Okęcie w Warszawie i udajemy się do punktu Itaki, jest 01.12.2009. Zanim udaliśmy się do odprawy lotów musieliśmy ustawić się w długiej kolejce by odebrać nasze bilety lotniskowe. Potem nastąpiła szybka odprawa - do której wystarczy dowód osobisty - i po 1,5 godziny znajdujemy się na pokładzie Boeinga 737-800 linii Eurocypria razem z 109 osobami lecącymi na Maderę wyspę wiecznej wiosny. O dziwo samolot nie miał opóźnienia. W samolocie dostaliśmy miejsca E i F, czyli prawą stronę samolotu - na czym bardzo mi zależało. Czemu?, ponieważ po tej stronie widać wyspę i lotnisko w Santa Cruz, no i co najważniejsze samolot podchodzi do lądowania przechylając się na prawą stronę co gwarantuje niezapomniane widoki i przeżycia. Mieliśmy świetnego pilota w ogóle nie było czuć jak się wzbijamy i podchodzimy do lądowania. A należy zauważyć, że lotnisko na Maderze jest trudne do podejścia i żeby tam wylądować trzeba byś bardzo doświadczonym pilotem. Sam lot trwał 4 godziny 15 minut i minął bardzo szybko - pewnie przyczyną było też to, ze lecieliśmy tam bardzo podekscytowani. Co nas czeka? Jak będzie? Jaka temperatura? Czy naprawdę jest tam taka bójna roślinność? Nam udało się znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, o czym za chwilę opowiemy. Podchodzimy do ladowania, chmury zostawiliśmy z tyłu , po chwili widać kontury wyspy, przelatujemy nad Ponta de Sao Lourenco, widać już charakterystyczne filary pod pasem startowym, przelatujemy równolegle do lotniska, po czym zawracamy na bardzo niskiej wysokości, niemal dotykając skrzydłem tafli oceanu (przynajmniej tak nam się wydaje) i po chwili kołujemy. Po wyjściu z samolotu okazuje się, że temperatura na zewnątrz jest bardzo przyjemna - 22 stopnie Celsjusza, idziemy do budynku lotniska – owiewa nas delikatny podmuch zimowego wiatru.- Szybko odbieramy bagaże i kierujemy się do wyjścia. Tam czeka już na nas nasz rezydent - pan Julian. Kieruje nas do autokaru i po chwili udajemy się do hotelu w Canico de Baxio, podróż zajmuje ok 20 minut po drodze rozwozimy jeszcze turystów do hotelu w Santa Cruz gdzie wysiada grupa ok 8 - 10 osób. Jadąc widzimy, że drogi są w dobrym stanie, wjeżdżając do Canico jedziemy cały czas w dół - zadziwia nas technika jazdy kierowcy autokaru, wjeżdżając w wąskie jak na autokar uliczki, bez problemu się po nich poruszają, podjeżdżamy pod hotel, rejestracja przebiega sprawnie, mamy klucze w ręku i udajemy się do pokoju. Pokój, duży, przestronny, z klimatyzacją , telewizor LCD - z polskich stacji odbiera tylko TV Polonia, przestronna łazienka z wanną i przede wszystkim pokój z widokiem na ocean- na czym tak bardzo nam zależało. rzeczy zostawiamy walizki w pokoju i idziemy zwiedzić hotel. spory hotel jest duży w części Orchid znajduje się basen, jacuzzi, sauna, łaźnia turecka i sala fitness z siłownią. Z tego wszystkiego można korzystać za darmo w godz. 8 - 18:30. Po podróży chętnie korzystamy z uroków hotelu, po czym idziemy na zwiady po okolicy, naszym celem jest wyżej położone Canico, ale po 40 minutowym podejściu w górę rezygnujemy - niestety kondycja nie ta :). Po kilku dniach dowiadujemy się, że można iść skrótem do Canico w którym są dwa supermarkety (por. supermercado). Takim sposobem zwiedzamy Canico de Baixo, chodzi się raz pod górę raz z górki, ciężkie doświadczenie dla nizinnych stworzeń:). Miejscowość robi bardzo przyjemne wrażenie, znajduje się tutaj mini market, wypożyczalnia samochodów. Wchodzimy do wypożyczalni Magoscar i okazuje się, że wynajęcie Seata Ibizy to koszt 32 €/dzień przy 7 dniach i trzeba wnieść 250€ depozytu, z tymi informacjami udajemy sie do hotelu. Ten spacer i cała podróż dała nam w kość i z ulgą idziemy na obiadokolację. Ilość jedzenia i jednocześnie różnorodność mile nas zaskakują. W pierwszy dzień podają nam dwa rodzaje ryb (m.in. espadę w bananach – specjał Maderczyków), mięsa, sałatki, dodatki typu warzywa surowe i gotowane, kulki ziemniaczane, owoce, ciasta oraz lokalne desery. W tak sympatyczny sposób kończy się nasz początek pobytu na Maderze, jeszcze tylko chwila spędzona na balkonie patrząc na ocean, kąpiel i do spania.